Umay, piękna młoda żona i matka, wraz
z kilkuletnim synem ucieka od maltretującego ją męża i rzeczywistości Stambułu z powrotem
do swej własnej rodziny i do Berlina, w którym się wychowała. „Swoi” jednak nie
są gotowi zaakceptować jej wyboru, który dramatycznie utrudnia także ich życie
w tureckiej społeczności. Nieugięta Umay przysparza własnej rodzinie okropnej
zgryzoty, potem budzi jej narastającą nienawiść, prowadzącą do bezwarunkowego odrzucenia,
a wreszcie do tragicznego końca.
To, co najbardziej porusza, to przywiązanie
Umay do jej rodzinnych dręczycieli, z uwagi na strukturę sytuacji i przebieg
zdarzeń przypominające chwilami syndrom sztokholmski. Dobra, pogodna twarz Sibel
Kekilli w ciągu 119 minut filmu jest policzkowana przez wszystkich chyba mężczyzn
należących do rodziny: męża, ojca, obu braci – najwyraźniej zgodnych współwyznawców
filozofii „dziś bije, jutro pogłaszcze”, przyzwyczajonych, kulturowo przyuczonych
do wymuszania pięścią posłuchu kobiet. Także matka i siostra nie są jej sojuszniczkami,
nie są z nią solidarne, wybierają obóz silniejszych. Uczucie Umay poniewierane,
wystawiane na tak ciężką próbę, a jednak czerpiące z jakiegoś niewysychającego
źródła, jej gotowość do rozmaitych poniżeń w imię niemożliwego pojednania, dosłownie
wzruszają do łez. Jednak tak przecież ją wychowano – wprawdzie nie umie już żyć
w sposób, jakiego życzy sobie rodzina, nie umie jednak nadal żyć bez niej.
Jednocześnie słusznie zżymać się
można na uproszczenia, pewną tendencyjność tego obrazu. Zyskałby on dodatkowy
wymiar fabularnej, ale i moralnej komplikacji, o ile zostałby on zbudowany na rzeczywistym
konflikcie racji: gdyby mąż Umay nie znęcał się nad nią, a przyczyną
jednostronnego rozstania stała się (jak to dziś zwykle na Zachodzie bywa) prawdziwa czy
urojona „niezgodność charakterów”, chęć poszukiwania nowego życia u boku kogo
innego, głód idealizowanej miłości romantycznej, czy też prosta niechęć do
życia w Turcji. Skoro mąż bije, a Umay została wyposażona w anielski charakter,
pod dyktando reżysera widz bierze jej stronę. Jakiekolwiek moralne wątpliwości usuwa również eksces agresji, której dopuszcza się rodzina bohaterki; niczym nie daje się on usprawiedliwić. Samo zakończenie filmu – tragiczny
zbieg okoliczności i przypadkowa ofiara rodzinnego mordu – wydaje się przy tym zbyt
wymyślone, estetycznie konstruowane poza granicą życiowego prawdopodobieństwa.
Nawet jeśli zaprzęgnięta do
propagandy, jest to jednak sztuka. Słabością i siłą tego filmu zarazem jest
trudny do ogarnięcia, żywy kontrast między charakterem bohaterów (przyzwoitych i
wrażliwych) a ich postępowaniem. Oskarżenie twórców wymierzone jest nie
tyle w przestraszoną matkę, zbolałego ojca, zdesperowaną siostrę, darzącego
Umay wyjątkowo silnym uczuciem młodszego brata, porywczego brata starszego –
ale w kulturowy wzorzec, który krępuje swobodę wyboru ich wszystkich, zmusza do
popełniania raniących w każdym tego słowa znaczeniu okropności. To słabość
filmu: nie chce się wierzyć, że podobnie szlachetni ludzie mogliby posunąć się
do tak zawziętej wrogości. Nie jest też wcale pewne, czy ów kulturowy wzorzec
rzeczywiście skłania do takich czynów (także u tych, którzy nie należą do tradycyjnej
społeczności islamskiej, jednostronność jego prezentacji może budzić niedowierzanie, a nawet pewien odruch sprzeciwu). To jednak także jego siła: bo w ten sposób reżyser
pozwala nam obdarzyć sympatią i współczuciem również rodzinę Umay, co pogłębia emocjonalny
odbiór filmu. Obserwowane rozterki krewnych bohaterki, ich dobre serca wywołują
nierozumne być może oczekiwanie happy
endu, nadzieję choćby na rozejm w tej wojnie bez wygranych.
Jednak – niestety – daremnie.
poniedziałek, 24 września 2012
niedziela, 2 września 2012
Matka dziecka Rosemary ("Musimy porozmawiać o Kevinie", L. Ramsay)
Przejmujący film Lynne Ramsay zdaje
nieśpieszną relację z „życia po” – życia matki po masakrze na dużą skalę
dokonanej przez jej syna w szkole i w domu, i „życia przed” – ich nieudanych stosunków
rodzinnych przed zdarzeniem. W sposób świeży i nieschematyczny
stawia problemy nienowe: unde malum,
co lub kto naprawdę odpowiada na zbrodnię, dlaczego człowiek zły jest zły. Na
pytania te nie udziela odpowiedzi. Jedynie zakleszcza widza w widłach dylematu:
natura czy kultura (wychowanie). Stąd bierze się jego wartość i niepokojąca
wymowa.
Eva, pokutująca matka, ta Niobe na
opak, ściera ze ścian swojego domu zacieki z czerwonej farby rozchlapanej przez
mścicieli zbrodni popełnionej przez Kevina, uparcie trwa na posterunku,
metodycznie zaszczuwana przez miejscową społeczność. Czy jednak istotnie ma za
co pokutować?
W retrospekcjach Kevin ukazany
jest jako przewrotny od dnia narodzin. Diaboliczny – jednocześnie wybitnie inteligentny,
nieczuły i amoralny. Wytrawny manipulator, przy obcych jest bez zarzutu, odmawia
łaski swej życzliwości matce i udziela jej ojcu (w jednej ze scen widzimy, jak
afekty te jest zdolny momentalnie odwrócić w sposób równie wyrachowany, co dla
zainteresowanej uwodzicielski). Ugina się tylko przez nagą siłą. Jednak z niej
także umie uczynić dźwignię realizacji swych celów (szantażuje matkę,
wyzyskując jej poczucie winy, po tym gdy raz użyła wobec niego przemocy). Co
najważniejsze, systematycznie ćwiczy celność strzału z łuku, by w starannie
obranym momencie, na krótko przez osiągnięciem pełnoletniości, opróżnić swój
kołczan.
Czy jednak film ma być ilustracją
tezy Schopenhauera, że przynosimy swój charakter na świat – w przypadku
socjopaty Kevina, charakter naznaczony nieuleczalnym defektem? To rzecz
niejednoznaczna. Sama Eva jest oziębła, wycofana, najpierw nie akceptująca
ciąży, potem nie akceptująca narodzonego dziecka (grająca ją Tilda Swinton
wydaje się stworzona do tej roli). Być może bezwiednie, przez „emocjonalną deprywację”,
ukształtowała syna na swoje podobieństwo, „tylko bardziej”, gdyż bez jej
własnej samokontroli i powściągliwości. Nastoletni już Kevin z sadystyczną
satysfakcją diagnozuje pewnego razu, że swoją złośliwość odziedziczył właśnie
po niej. Byłaby to zatem sztafeta pokoleń, od niekochającej matki do okrutnego
syna. Film poddaje się wreszcie także skrajnej interpretacji – że Kevin był od początku
występny tylko w zniekształconym odbiorze matki, a dopuszczając się zbrodni,
dorósł tylko do wyobrażenia, jakie o nim powzięła. Perspektywą filmu jest
przecież optyka samej Evy, to przez filtr jej percepcji obserwujemy zdarzenia. Czy
więc ostatecznie wina leży w tej Królowej Śniegu, jej deficycie miłości? Ale czy
niedostatek miłości może być zawiniony – nie jest przecież żadnym wyborem?
Zagadkowa jest także zaciekła i
niszcząca wrogość społeczności do, również wszak dotkniętej przez zło i zbolałej,
Evy. Być może mściciele zaobserwowali wcześniej w relacjach matki i syna coś,
co usprawiedliwia to nieznośne natężenie nienawiści. Lecz może raczej nienawiść
ta jest próbą restytucji zakłóconego ładu poprzez wymierzenie odpłaty – za to,
czemu faktycznie nie da się zadośćuczynić i tej, która nie jest rzeczywiście
winna. Głębia tej pomsty jest właśnie dlatego niewyczerpana, że każda jej kolejna
miara okazuje się w końcu niewystarczająca dla przywrócenia porządku. Zło nie
daje się w ten sposób odczynić, a rana zasklepić.
Jednostajny rytm filmu, z powracającym
jak rondo natrętnym motywem czerwonych plam, aż do tych pozostawionych po strzałach,
które utkwiły w małej siostrze Kevina i jej ojcu, jest trudny do zniesienia. Jego
chłód dobrze oddaje torturę życia Evy. A także grozę bezlitosnego czynu Kevina.
Być może również skazę osobowości obojga, ten kawałek lustra w sercu, który u
syna skrystalizował się w całe skute lodem jezioro.
Zło nie daje się wytłumaczyć i
zracjonalizować. Palący problem jego źródła pozostaje nierozwiązany.
I tylko jeden z pokrzywdzonych
przez mordercę nastolatków, poruszający się na wózku, przypadkowo spotkany
przez Evę wyłamuje się z frontu nienawiści. Gdy matka spodziewa się od niego
kolejnego ciosu, od obdarza ją dobrym słowem. A na lodowym jeziorze pojawia się
rysa – w finale Kevin zdradza pewną słabość, a Eva go przytula. Ten uścisk
matki z synem niesie trudną nadzieję na nawrócenie.
Okazuje się, że to jedyna dostępna
odpowiedź na pytanie o winę i odpowiedzialność. Zło jest z rzeczywistości
nieusuwalne. Nieusuwalna jest jednak także ta nadzieja.
piątek, 11 maja 2012
Nowoczesny moralitet („Zły dotyk”, N. Kassell)
Powrót Waltera do normalności po
dwunastu latach odsiadki jest trudny. Nic w tym dziwnego – polskie tłumaczenie
tytułu, w odróżnieniu od angielskiego oryginału, od razu zdradza naturę jego przestępstwa.
Film „Zły dotyk” można obejrzeć w
ramach cyklu o wykluczeniu, prezentowanego przez kanał Ale kino. Społeczne wykluczenie Waltera jest faktem – zostaje
odrzucony przez współpracowników w tartaku, gdzie podejmuje pracę po wyjściu z
więzienia, z całej rodziny widywać go ma ochotę jedynie szwagier. Bohater jest jednak
przede wszystkim potwornie udręczony własną trudną do okiełznania, nieugaszoną pedofilską
skłonnością, przez swoje zboczenie samo-wykluczający się ze wspólnoty,
przerażony alarmująco aktualną możliwością recydywy. Nade wszystko to on sam obsesyjnie
wodzi palcem po swym piętnie, jest swoją dewiacją spętany i opętany. Obsesję tę
podsyca bolesna świadomość, że rzecz nie jest higienicznie zakończona wraz z
opuszczeniem murów więzienia, że niezdrowy pociąg do dziewczynek niekoniecznie
należy do bezpiecznej przeszłości. Zniewolenie znajduje wręcz fizyczny wyraz – w
jego kwadratowych, sztywnych, skrępowanych ruchach, pochylonej głowie, skamieniałych
pozach, w których zastyga jego ciało. Jest jawne, że Walter najbardziej boi się
sam siebie.
Reżyser(ka) nie stosuje tanich
chwytów, obliczonych na łatwe pozyskanie dla niego współczucia widzów. Nie
wplata w film tylekroć już widzianych łzawych wspomnień trudnego dzieciństwa,
ojca-kata i matki-alkoholiczki, nie prawi morałów o sztafecie pokoleń
okaleczonych i kaleczących, nie relacjonuje losu wrażliwego bohatera w
więzieniu. Pokazuje jego winę jako niewątpliwą, niczego nie ułatwia, nie idzie
na skróty. O rodzinie dowiadujemy się tyle tylko, że siostra Waltera nie chce
go znać, bo – prawdopodobnie – także ona została przez niego skrzywdzona.
Właściwie cała osobowość Waltera zostaje
tu sprowadzona do jego dewiacji i walki, jaką toczy sam z sobą, aby nad dewiacją
tą zapanować. Sam bohater widzi zdarzenia, zachowania innych przez jej pryzmat, który jednak przesącza
na drugą stronę jedną tylko, smolistą barwę. Trudno z nim sympatyzować. Jednak ostatecznie
właśnie to czynimy, wiernie towarzysząc mu w zmaganiu.
Czy struktura zdarzeń nie
odpowiada tej ze średniowiecznego moralitetu? Walkę o duszę Waltera toczą
Vickie, poturbowana przez życie kobieta po przejściach, która obdarzyła go
uczuciem i nachodzący go, napastliwy, odzierający go metodycznie z godności policjant
Lucas. To, co ich fundamentalnie różni, to stosunek do Waltera. Vickie ma dla
niego miłość, a Lucas nienawiść, w rezultacie Vickie w niego wierzy, a Lucas
wierzy w jego niechybny upadek. Upadek ten nie następuje, a przynajmniej nie na
naszych oczach, choć Walter targany emocjami odbywa niestabilny spacer nad krawędzią.
Film niezwykle subtelnie pokazuje
stopniowe dojrzewanie bohatera do świadomości krzywdy, jaką wyrządził
molestowanym przez siebie dziewczynkom. Gdy tężeje na wieść o tym, że Vicki
była molestowana przez braci, gdy terapeuta wydziera z niego kawałek po kawałku
niedokończone wyznanie o relacjach z siostrą, gdy z wyostrzoną uwagą obserwuje
swoje alter ego, mężczyznę czyhającego
na dzieci wychodzące ze szkoły, kiedy słucha drastycznej opowieści Lucasa o
zmasakrowanej ofierze innego pedofila: za każdym razem robi jeden krok. Ten
najważniejszy czyni w parku, gdy traci nad sobą kontrolę i nagabuje małą dziewczynkę,
by usiadła mu na kolanach. Dowiedziawszy się jednak, że była już obiektem molestowania,
przeglądając się w jej nienaturalnej powadze i złamanej ufności, a także w
odrażającym czynie jej ojca, wstrząśnięty rezygnuje.
Gra aktorska Kevina Bacona jest po brzegi pełna przekonującej, organicznej prostoty, pozbawiona fałszywych artystowskich tonów, magnetyczna. Hollywoodzki aktor niewątpliwie musiał zdobyć się na niemałą
odwagę, by wcielić się w postać pedofila. Doceniając jego maestrię, tym
bardziej trzeba żałować, że zwykle trwoni swój talent w produkcjach trzeciorzędnych.
Ten film jest prowadzony tak
delikatnie i tak inteligentnie – choćby wtedy, gdy bez dosłowności, a jednak
dosadnie sugeruje sposób działania Waltera, albo kiedy pozwala tylko z
oddalenia śledzić burzliwą i zakończoną niepowodzeniem jego rozmowę z siostrą.
Przede wszystkim jednak dlatego,
że dając nadzieję, nie daje pewności.
środa, 2 maja 2012
Jasna strona mocy („80 milionów”, W. Krzystek)
Film osnuty jest na motywach
historii prawdziwej – na kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego młodzi działacze
dolnośląskiej Solidarności wyprowadzili z konta bankowego Związku 80 mln
złotych. Ocalone w ten sposób pieniądze, zdeponowane we wrocławskiej kurii u Ks.
Kardynała Henryka Gulbinowicza, zostały następnie przeznaczone na podziemną
działalność związkową.
Czym uwodzi ten obraz, skąd jego nieodparty wdzięk? Oglądamy tryumf „jasnej strony mocy”, zwycięstwo dobra nad złem,
pokazane bez obrażającej widza łopatologii i kanciastego, niestrawnego patosu. Jest to zwycięstwo
odniesione nad nagą, prymitywną siłą przez inteligentny pomysł (jakże smakowita jest choćby scena, w której ksiądz, wydawałoby się przyparty do muru, wystrychnął na dudka esbeka). Satysfakcja tym
większa, że zostało ono osiągnięte drogą meandryczną, najeżoną trudnościami, chwilami
niebezpiecznie przytuloną do przepaści. Powodzenie akcji tyleż brawurowej, co koronkowej
zależało od sprawnego współdziałania wielu ludzi dobrej woli i od łutu szczęścia
– w tym przypadku nie zabrakło ani jednego, ani drugiego. A to przecież zbieg tak
rzadki.
I nawet jeśli fakt, że
bohaterowie tryumfują nawet w sprawach pobocznych – z punktu widzenia głównego
nurtu akcji, choć zapewne nie z ich osobistej perspektywy – może wydawać się pewną
przesadą, tak miło jest ją wybaczyć twórcom. Tyle razy widywaliśmy rozmazaną na
ekranie paskudną, rozczulającą się nad swym rozmiarem porażkę, że widowiskowy sukces
łatwo staje się źródłem beztroskiej radości, która nie stawia zbyt wielu pytań.
Poznajemy ludzi promiennych – wrażliwych, niepokornych, dzielnych, sprawnych
w działaniu. Poznajemy także ich groźnych i śmiesznych esbeckich przeciwników, którzy nie są
odciśnięci z jednej sztancy. Mimo wielości bohaterów – pozytywnych i
negatywnych, po stronie solidarnościowej i reżimowej, wreszcie tych pozornie
niezaangażowanych, a jak się okazuje, kluczowych dla ostatecznego powodzenia przedsięwzięcia
(jak choćby dyrektor banku) – każdej z postaci udało się nadać indywidualny charakter, każda jest
rozpoznawalna i swoista. Kwalifikacja moralna bohaterów jest także niewolna od
zaskoczeń – nie wszyscy okazują się tacy, jakimi się jawią.
Nade wszystko to film krzepiący w
sposób wiarygodny, w nieoczywistym sensie patriotyczny: możemy się w nim przejrzeć
jako naród jednocześnie szlachetny i sprawczy. Ani tylko szlachetny – zdolny do
ponoszenia ofiary krwi, straceńczo bohaterski w krańcowym położeniu, pięknie dumny
w klęsce. Ani tylko sprawczy – sprytny pełzającym sprytem małego geszeftu, nieładnego,
płaskiego kombinatorstwa prozaicznych „czcicieli pieczeni”. Przecież ta
historia zdarzyła się naprawdę.
Pod względem przynależności
gatunkowej to film sensacyjny, być może przygodowy, zaprawiony jednak wytrawnym,
nieco ironicznym humorem, przemyślany w swojej lekkości, błyskotliwy także dzięki sprawności warsztatowej, z niewidocznymi szwami. Zresztą czy komizmu nie wytwarza już sama jego kanwa:
konieczność konstruowania złożonej akcji quasi-gangsterskiej,
prawdziwego „skoku” celem podjęcia z banku swoich własnych pieniędzy? Film oddaje polskie
realia lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku z nutą „ostalgicznej” czułości, której
nie rujnują małe, nieszkodliwe anachronizmy.
Szkoda, że ten film trwa tak
krótko, szkoda, że nie możemy oglądać serialu o „Solidarności”. Właśnie takiego
serialu.
Ps. Jak to było naprawdę: http://wojciechsitarz.wordpress.com/80-milionow-solidarnosci/
; świetny tekst P. Zaremby: http://www.rp.pl/artykul/762088.html
niedziela, 1 kwietnia 2012
Baśń braci Dardenne („Chłopiec na rowerze”, J.-P. Dardenne, L. Dardenne)
Ten
prosty film o chłopcu porzuconym przez ojca, a przygarniętym przez przypadkowo
spotkaną młodą kobietę, pozornie rozgrywa się według schematu baśni.
Bohaterowie dobrzy są dobrzy, a źli – naprawdę źli. Nie ma światłocienia, w
którym można schronić moralną rozterkę lub wygodnie rozmyć odpowiedzialność.
Miłość natarczywa jest… Cyril lgnie do swego ojca z uporem godnym sprawy dającej większe widoki na powodzenie, cały jest pragnieniem i zaślepieniem. Gdy jego niedojrzały ojciec ostatecznie, zupełnie niedwuznacznie i brutalnie go odtrąca, Samantha jak dobra wróżka roztacza nad nim opiekę. W jej miłości jest spokój, stężona determinacja, a nade wszystko silne i bezwarunkowe przywiązanie do przysposobionego dziecka – prawie niewytłumaczalne. Ta miłość zjawia się po prostu jak cud.
Wydarzenia
przybierają obrót niebezpieczny tylko na chwilę – bo każdą zadaną krzywdę można
uleczyć, amor vincit omnia. Gdy
namówiony przez starszego, wyrachowanego kolegę spod ciemnej gwiazdy Cyril w
imię ich świeżo zadzierzgniętej „przyjaźni” dokonuje napadu na kioskarza i jego
syna, nie dzieje się żadne nieodwracalne zło – ofiary wychodzą z opresji cało,
opryszek ląduje w więzieniu, chłopiec na przeprowadzonej z sukcesem mediacji.
Kiedy nieprzejednany syn kioskarza kieruje przeciw Cyrilowi swoją agresję i
powoduje wyglądający dramatycznie wypadek, wydaje się, że oto zaciągnięta przez
chłopca wina wydaje czarny owoc. Nieprzytomny Cyril jednak wstaje i znów wsiada
na swój rower; nie jest pogruchotany ani fizycznie, ani moralnie. Z tarapatów,
w które popada, wydobywa się zawsze z nieco podejrzaną, budzącą niedowierzanie
łatwością.
Co
znaczy ta łatwość? Być może bracia Dardenne (znani z wrażliwości społecznej o
nieco pesymistycznym wydźwięku, poświadczonej filmami takimi, jak „Dziecko”,
czy „Milczenie Lorny”) chcieli zafundować – widzom, być może także sobie –
odpoczynek od złego świata. Chcieli powiedzieć – a czy nie mogłoby być tak
właśnie, jak w naszym filmie? Co stoi na przeszkodzie, abyśmy wybierali dobro,
a każde zło traktowali jako dające się odwrócić, zmazać, jako takie, któremu można
zadośćuczynić? Być może potrzeba do tego – tylko i aż – Samanthy i Cyrila,
kilku ludzi o czystych sercach.
Dostępna
jest wszakże również inna interpretacja. Postać Samanthy jest
słodko-wyidealizowana, świat jest miejscem wręcz niewiarygodnie przyjaznym – po
krótkiej, choć gwałtownej burzy zawsze świeci słońce. Zgorzkniali, a może tylko
dojrzali dorośli mogliby stwierdzić, że film pozornie realistyczny, jest
faktycznie odklejony od rzeczywistości – rzeczywistość tę podaje z perspektywy
łatwowiernego dziecka. Baśń załamuje się w ostatnich scenach, gdy skrzywdzeni
przez Cyrila okazują się sami niegodni zaufania, zdolni i do mściwej przemocy,
i do perfidnego kłamstwa. Może więc rzeczy odwracają się swą życzliwą stroną ku
Cyrilowi tylko w jego subiektywnym odbiorze, odbijając się w kryształowym
zwierciadle, które sam chłopiec pracowicie wciąż na nowo klei z potłuczonych
kawałków? W końcu nie wiadomo nawet na pewno, czy odrealniony happy end zdarzył się naprawdę – czy
rzeczywiście Cyril wstał i spokojnie odjechał na swym rowerze…
Te
pytania zawisają nad filmem – nie tak naiwnym, jakim się wydaje.
niedziela, 25 marca 2012
Zbrodnia i przebaczenie („Wymyk”, G. Zgliński)
W
kulminacyjnej scenie tego filmu, stanowiącej sworzeń, wokół którego rotuje akcja, Alfred nie przychodzi z pomocą swemu bratu. Gdy ten staje w obronie
dziewczyny napastowanej przez grupę wyrostków, zostaje przez nich wyrzucony z
pociągu w biegu. „Wymyk” nie jest jednak płaskim filmem o tzw. znieczulicy,
która czyni obojętnych milczącymi świadkami-współuczestnikami zbrodni, lecz
nienachalnym i nieoczywistym moralitetem. Traktuje o poczuciu gorszości, winie
i wstydzie. I o przebaczeniu, które jest cierpkim zadaniem do wypełnienia.
Alfred to „gorszy brat” Jerzego, żyjący w jego cieniu: postponowany przez rodzinę, nie tak zdolny i śmiały w pomysłach na rozwój wspólnie prowadzonego biznesu, niewyedukowany za granicą, w odróżnieniu od brata bezdzietny. Kompensujący poczucie niższości gadżetami, dający popisy brawury w sprawach błahych, jest niestabilny i targany emocjami. Zawsze nie na czasie, zawsze drugi w kolejności, nawet dla najbliższych, zdawałoby się, zobowiązanych wobec niego do miłości – ojca, matki, żony.
Na pytanie, dlaczego Alfred zawodzi w momencie próby, popadając w brzemienne w skutki osłupienie, odpowiedź jest niejasna, a może raczej złożona. Z pewnością tchórzy, w jego zachowaniu jest jednak być może także domieszka resentymentu. Swoją biernością chce odpłacić bratu, który upokarza go samą swoją obecnością, dającą otoczeniu nieustanne okazje do codziennych porównań, umywa ręce od dokonującej się na jego oczach zbrodni. Inaczej niż bohater „Upadku” Camusa, Alfred jest człowiekiem niepoważanym, w odbiorze innych nie do końca udanym, a stupor w obliczu próby nie przełamuje radykalnie jego uprzedniego samozadowolenia, lecz tylko grąży go głębiej w doświadczanym od dawna poczuciu nieadekwatności.
Alfred uchybia bratu, którego wszak jest stróżem i wobec którego ma zupełnie rudymentarne powinności. Z straszliwego rozmiaru swego błędu zdaje sobie sprawę sam, zna jego ciężar od pierwszej chwili, nielitościwie uświadamia mu go też bez ustanku rodzina (ojciec katuje go, powtarzając, że brata „nie upilnował”). W swojej relacji zdawanej bliskim przedstawia się w lepszym świetle, niż to usprawiedliwia rzeczywisty przebieg wypadków, lecz film ze zdarzenia w pociągu, rychło udostępniony w Internecie, jest przeszywająco jasny co do popełnionego przez niego zaniechania. To sprawia, że Alfred traci ostatni szaniec swej godności.
Wtedy wydaje się, że pozostaje mu tylko palący wstyd, otchłanna studnia samozatracenia, implozja do czarnego punktu bezapelacyjnej winy. W przejmującej scenie w kościele Alfred narażony jest na zaprawione złą ciekawością spojrzenia wiernych. Jest także adresatem zapraszającego gestu spowiednika. W konfesjonale nie ma jednak dla niego miejsca, bo Alfred sam odmawia sobie przebaczenia, zaciekły w samoobwinianiu się. Po omacku i samotnie brodzi w swym upadku z otwartymi ranami wyrytego głęboko piętna winy, egotycznie skoncentrowany na przeżywaniu swej życiowej klęski.
Podobno to pycha była najpoważniejszym grzechem Judasza. Powiesił się, ponieważ w rozpaczy ocenę własnej winy, jako zbyt ciężkiej, by mogła być zmazana, przedłożył nad prawdę o bezmiernym Bożym miłosierdziu.
Alfred jednak ostatecznie podnosi się, mozolnie i z determinacją, o własnych siłach. Miarą wielkości tego filmu jest sposób ukazania tej metamorfozy – jako płynnej, następującej niepostrzeżenie, a jednak od pewnego momentu dla widza oczywistej. Bohater stara się zadośćuczynić bratu na tyle, na ile jest to jeszcze możliwe, nie bacząc na cierpienia, o jakie może to przyprawić jego samego. Pielęgnuje brata w szpitalu, znajduje jednego ze sprawców morderstwa, publicznie demaskując go przy pomocy filmu z internetu, przecież bezlitośnie, niedwuznacznie obnażającego także jego słabość. I choć dla jego bliskich to gesty pozbawione znaczenia, wywołujące jedynie gryzące szyderstwa, Alfred na nich buduje na nowo swoją tożsamość – jako człowieka, który gotów jest zmierzyć się mężnie ze swoją winą, tak jak czyni to, gdy w bolesnej scenie patrzy w szklane oczy martwego brata. Odtrącony i niekochany, samodzielnie na powrót sklei swoją podmiotowość.
Ten film nie udałby się bez kreacji Roberta Więckiewicza. Jest oszczędna w środkach wyrazu, a tak prawdziwa. Chwilami twarz aktora wypełnia niemal cały ekran, a choć jest prawie nieruchoma, drobnymi zaledwie poruszeniami zdradza intensywne emocje. Rola Więckiewicza jest idealnie wpasowana w poetykę tego obrazu, który nie epatuje dramatyzmem, jest naturalny i zwyczajny w sposobie opowiadania. Jest także zarazem zwarty - nie rozmienia swego pomysłu na drobne mnogich, przegadanych scen - i odpowiednio nasycony. Jego konstrukcja jest dopracowana, a zakończenie wymowne, lecz w sposób niedeklaratywny.
To bez dwóch zdań prawdziwa sztuka.
Alfred to „gorszy brat” Jerzego, żyjący w jego cieniu: postponowany przez rodzinę, nie tak zdolny i śmiały w pomysłach na rozwój wspólnie prowadzonego biznesu, niewyedukowany za granicą, w odróżnieniu od brata bezdzietny. Kompensujący poczucie niższości gadżetami, dający popisy brawury w sprawach błahych, jest niestabilny i targany emocjami. Zawsze nie na czasie, zawsze drugi w kolejności, nawet dla najbliższych, zdawałoby się, zobowiązanych wobec niego do miłości – ojca, matki, żony.
Na pytanie, dlaczego Alfred zawodzi w momencie próby, popadając w brzemienne w skutki osłupienie, odpowiedź jest niejasna, a może raczej złożona. Z pewnością tchórzy, w jego zachowaniu jest jednak być może także domieszka resentymentu. Swoją biernością chce odpłacić bratu, który upokarza go samą swoją obecnością, dającą otoczeniu nieustanne okazje do codziennych porównań, umywa ręce od dokonującej się na jego oczach zbrodni. Inaczej niż bohater „Upadku” Camusa, Alfred jest człowiekiem niepoważanym, w odbiorze innych nie do końca udanym, a stupor w obliczu próby nie przełamuje radykalnie jego uprzedniego samozadowolenia, lecz tylko grąży go głębiej w doświadczanym od dawna poczuciu nieadekwatności.
Alfred uchybia bratu, którego wszak jest stróżem i wobec którego ma zupełnie rudymentarne powinności. Z straszliwego rozmiaru swego błędu zdaje sobie sprawę sam, zna jego ciężar od pierwszej chwili, nielitościwie uświadamia mu go też bez ustanku rodzina (ojciec katuje go, powtarzając, że brata „nie upilnował”). W swojej relacji zdawanej bliskim przedstawia się w lepszym świetle, niż to usprawiedliwia rzeczywisty przebieg wypadków, lecz film ze zdarzenia w pociągu, rychło udostępniony w Internecie, jest przeszywająco jasny co do popełnionego przez niego zaniechania. To sprawia, że Alfred traci ostatni szaniec swej godności.
Wtedy wydaje się, że pozostaje mu tylko palący wstyd, otchłanna studnia samozatracenia, implozja do czarnego punktu bezapelacyjnej winy. W przejmującej scenie w kościele Alfred narażony jest na zaprawione złą ciekawością spojrzenia wiernych. Jest także adresatem zapraszającego gestu spowiednika. W konfesjonale nie ma jednak dla niego miejsca, bo Alfred sam odmawia sobie przebaczenia, zaciekły w samoobwinianiu się. Po omacku i samotnie brodzi w swym upadku z otwartymi ranami wyrytego głęboko piętna winy, egotycznie skoncentrowany na przeżywaniu swej życiowej klęski.
Podobno to pycha była najpoważniejszym grzechem Judasza. Powiesił się, ponieważ w rozpaczy ocenę własnej winy, jako zbyt ciężkiej, by mogła być zmazana, przedłożył nad prawdę o bezmiernym Bożym miłosierdziu.
Alfred jednak ostatecznie podnosi się, mozolnie i z determinacją, o własnych siłach. Miarą wielkości tego filmu jest sposób ukazania tej metamorfozy – jako płynnej, następującej niepostrzeżenie, a jednak od pewnego momentu dla widza oczywistej. Bohater stara się zadośćuczynić bratu na tyle, na ile jest to jeszcze możliwe, nie bacząc na cierpienia, o jakie może to przyprawić jego samego. Pielęgnuje brata w szpitalu, znajduje jednego ze sprawców morderstwa, publicznie demaskując go przy pomocy filmu z internetu, przecież bezlitośnie, niedwuznacznie obnażającego także jego słabość. I choć dla jego bliskich to gesty pozbawione znaczenia, wywołujące jedynie gryzące szyderstwa, Alfred na nich buduje na nowo swoją tożsamość – jako człowieka, który gotów jest zmierzyć się mężnie ze swoją winą, tak jak czyni to, gdy w bolesnej scenie patrzy w szklane oczy martwego brata. Odtrącony i niekochany, samodzielnie na powrót sklei swoją podmiotowość.
Ten film nie udałby się bez kreacji Roberta Więckiewicza. Jest oszczędna w środkach wyrazu, a tak prawdziwa. Chwilami twarz aktora wypełnia niemal cały ekran, a choć jest prawie nieruchoma, drobnymi zaledwie poruszeniami zdradza intensywne emocje. Rola Więckiewicza jest idealnie wpasowana w poetykę tego obrazu, który nie epatuje dramatyzmem, jest naturalny i zwyczajny w sposobie opowiadania. Jest także zarazem zwarty - nie rozmienia swego pomysłu na drobne mnogich, przegadanych scen - i odpowiednio nasycony. Jego konstrukcja jest dopracowana, a zakończenie wymowne, lecz w sposób niedeklaratywny.
To bez dwóch zdań prawdziwa sztuka.
piątek, 23 marca 2012
Zmysłowa apokalipsa („Ostatnia miłość na ziemi”, D. MacKenzie)
Gdy ludzi na całym świecie dotyka
niewytłumaczalna epidemia zaniku kolejnych zmysłów, między szefem kuchni a
kobietą będącą naukowcem zwalczającym straszliwą plagę rodzi się tytułowe
uczucie. Wcześniej poranieni i raniący, teraz odnajdują w sobie pokłady
zaufania i wrażliwości, angażują się wciąż głębiej i wciąż bardziej
rozpaczliwie w ten związek ostatniej szansy.
Niezwykła, naprawdę niezwykła
jest kanwa tego filmu: katastrofa spadająca na świat w postaci stopniowej
utraty zmysłów – każdorazowo poprzedzonej przeżyciem emocji o porażającej
intensywności: smutku, lęku, gniewu, wreszcie radości. Ciekawie eksploatowany, poprowadzony
pomysłowo i wzruszająco jest wątek zdolności adaptacyjnych ludzi w obliczu
ubożejącego odbioru rzeczywistości, intensyfikacji przeżywania przez nich
zawężonego pola doznań. Restauracja, w której
pracuje Michael, raczy klientów misternie konstruowanymi zmysłowymi wrażeniami nawet
wtedy, gdy opuszczają ich smak i węch. Ta sensualna warstwa filmu, skojarzona z przeczuciem
nieubłaganej logiki zagłady, odpowiada za jego elegijny nastrój, przesycające
go dojmujące poczucie nieuniknionej straty, zatrzaśnięcia piękna tego świata
przed jego mieszkańcami. Porządna, rzetelna jest gra aktorska Ewana McGregora i
Evy Green, w ich uczucie można uwierzyć. Dlaczego zatem ostatecznie z wysokogatunkowych,
a nawet wykwintnych składników powstaje danie nieco pozbawione wyrazu – film
blady i zbyteczny?
Drażnią scenariuszowe
niekonsekwencje i mielizny psychologiczne, na jakich osiadają zachowania
bohaterów. Mimo że, jak wiadomo, zmysłów mamy (przynajmniej) pięć, na ekranie
oglądamy utratę czterech – nietknięty zarazą pozostaje dotyk, a przecież jego
odjęcie można było znakomicie „wygrać” w kontekście miłosnym. Bohaterka
jest naukowcem zmagającym się z epidemią, lecz ma niesłychanie dużo czasu na
romans (co rodzi myśl dość cyniczną, a może tylko zdroworozsądkową, że epidemię
można byłoby powstrzymać, gdyby tylko ludzie tacy jak Susan z większą pasją
zajmowali się powierzonymi sobie zadaniami). Nielogiczności filmu sięgają także
centralnych dla rozwoju akcji zachowań bohaterów – dziwi rozmiar urazy Susan wobec
wybuchu gniewu jej kochanka, gniewu, o którym wiadomo przecież, że wyzwoliła go
choroba. Sam obraz globalnej ludzkiej osady pogrążającej się w chaotycznym
upadku, choć przecież nie bez walki, jest sugestywny, lecz nienowy, a może
nawet wtórny (nasuwa skojarzenie ze stosunkowo niedawnym „Miastem ślepców” opartym
na powieści J. Saramago). Podobnie świeżości brakuje nieco konstrukcji roli Ewana
McGregora, przypominającej tę z „Debiutantów” M. Millsa.
Nie jest jasne, co przez ten film
próbuje się nam przekazać – oczywiście, poza zgrabnie podaną, przesyconą
liryzmem historią miłosną. Niewykluczona jest odpowiedź, że nic zgoła. W takim
jednak razie to film straconej szansy. Większe oczekiwania wobec niego buduje –
powtórzę – znakomita rama tego melodramatu, którą jest starannie rozrysowana
apokalipsa dziejąca się poprzez postępujący brak czucia. Chciałoby się, by
zanik zmysłów coś znaczył, zwłaszcza w relacji do namiętności bohaterów. Przesłanie
tego filmu można wykreować, wyinterpretować własnymi siłami – czyniąc nim
choćby diagnozę, że świadomość oszałamiającej urody świata przychodzi dopiero poprzez
niemożność jej percepcji, że niepowetowaną stratą okazuje się odjęcie zdolności
przeżywania, zwykle tak wstrętnej człowiekowi, który tyle energii wkłada w
znieczulanie, otorbianie i maskowanie swej wrażliwości, albo że podstawowym
zmysłem jest zmysł miłości (wszak oryginalny tytuł obrazu, zupełnie zagubiony w
tłumaczeniu, to „Perfect Sense”).
Faktem pozostaje jednak, że film wprawdzie zanurza widza w nastrojowej
melancholii, lecz sam z siebie irytująco mało zawiera głębszych tropów. Sensu w
nim niestety niewiele.
Subskrybuj:
Posty (Atom)