Gdy ludzi na całym świecie dotyka
niewytłumaczalna epidemia zaniku kolejnych zmysłów, między szefem kuchni a
kobietą będącą naukowcem zwalczającym straszliwą plagę rodzi się tytułowe
uczucie. Wcześniej poranieni i raniący, teraz odnajdują w sobie pokłady
zaufania i wrażliwości, angażują się wciąż głębiej i wciąż bardziej
rozpaczliwie w ten związek ostatniej szansy.
Niezwykła, naprawdę niezwykła
jest kanwa tego filmu: katastrofa spadająca na świat w postaci stopniowej
utraty zmysłów – każdorazowo poprzedzonej przeżyciem emocji o porażającej
intensywności: smutku, lęku, gniewu, wreszcie radości. Ciekawie eksploatowany, poprowadzony
pomysłowo i wzruszająco jest wątek zdolności adaptacyjnych ludzi w obliczu
ubożejącego odbioru rzeczywistości, intensyfikacji przeżywania przez nich
zawężonego pola doznań. Restauracja, w której
pracuje Michael, raczy klientów misternie konstruowanymi zmysłowymi wrażeniami nawet
wtedy, gdy opuszczają ich smak i węch. Ta sensualna warstwa filmu, skojarzona z przeczuciem
nieubłaganej logiki zagłady, odpowiada za jego elegijny nastrój, przesycające
go dojmujące poczucie nieuniknionej straty, zatrzaśnięcia piękna tego świata
przed jego mieszkańcami. Porządna, rzetelna jest gra aktorska Ewana McGregora i
Evy Green, w ich uczucie można uwierzyć. Dlaczego zatem ostatecznie z wysokogatunkowych,
a nawet wykwintnych składników powstaje danie nieco pozbawione wyrazu – film
blady i zbyteczny?
Drażnią scenariuszowe
niekonsekwencje i mielizny psychologiczne, na jakich osiadają zachowania
bohaterów. Mimo że, jak wiadomo, zmysłów mamy (przynajmniej) pięć, na ekranie
oglądamy utratę czterech – nietknięty zarazą pozostaje dotyk, a przecież jego
odjęcie można było znakomicie „wygrać” w kontekście miłosnym. Bohaterka
jest naukowcem zmagającym się z epidemią, lecz ma niesłychanie dużo czasu na
romans (co rodzi myśl dość cyniczną, a może tylko zdroworozsądkową, że epidemię
można byłoby powstrzymać, gdyby tylko ludzie tacy jak Susan z większą pasją
zajmowali się powierzonymi sobie zadaniami). Nielogiczności filmu sięgają także
centralnych dla rozwoju akcji zachowań bohaterów – dziwi rozmiar urazy Susan wobec
wybuchu gniewu jej kochanka, gniewu, o którym wiadomo przecież, że wyzwoliła go
choroba. Sam obraz globalnej ludzkiej osady pogrążającej się w chaotycznym
upadku, choć przecież nie bez walki, jest sugestywny, lecz nienowy, a może
nawet wtórny (nasuwa skojarzenie ze stosunkowo niedawnym „Miastem ślepców” opartym
na powieści J. Saramago). Podobnie świeżości brakuje nieco konstrukcji roli Ewana
McGregora, przypominającej tę z „Debiutantów” M. Millsa.
Nie jest jasne, co przez ten film
próbuje się nam przekazać – oczywiście, poza zgrabnie podaną, przesyconą
liryzmem historią miłosną. Niewykluczona jest odpowiedź, że nic zgoła. W takim
jednak razie to film straconej szansy. Większe oczekiwania wobec niego buduje –
powtórzę – znakomita rama tego melodramatu, którą jest starannie rozrysowana
apokalipsa dziejąca się poprzez postępujący brak czucia. Chciałoby się, by
zanik zmysłów coś znaczył, zwłaszcza w relacji do namiętności bohaterów. Przesłanie
tego filmu można wykreować, wyinterpretować własnymi siłami – czyniąc nim
choćby diagnozę, że świadomość oszałamiającej urody świata przychodzi dopiero poprzez
niemożność jej percepcji, że niepowetowaną stratą okazuje się odjęcie zdolności
przeżywania, zwykle tak wstrętnej człowiekowi, który tyle energii wkłada w
znieczulanie, otorbianie i maskowanie swej wrażliwości, albo że podstawowym
zmysłem jest zmysł miłości (wszak oryginalny tytuł obrazu, zupełnie zagubiony w
tłumaczeniu, to „Perfect Sense”).
Faktem pozostaje jednak, że film wprawdzie zanurza widza w nastrojowej
melancholii, lecz sam z siebie irytująco mało zawiera głębszych tropów. Sensu w
nim niestety niewiele.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz