Wykwintne i uregulowane życie Georgesa
i Anny: starej małżeńskiej pary francuskich bourgeois wykoleja się z powodu stopniowo
pogarszającego się stanu zdrowia Anny. Dawniej wypielęgnowana, elegancka
intelektualistka-nauczycielka muzyki, teraz bezradna w postępującej regresji do
stadium zdezorientowanego dziecka. Opiekę nad nią sprawuje sędziwy mąż –
fizycznie nadal dostatecznie sprawny, emocjonalnie i duchowo równie bezsilny, ogłuszony
sytuacją, bez pomysłu na dobre, szlachetne zakończenie wspólnej drogi.
Film Hanekego charakteryzuje –
typowy dla tego reżysera – sterylny, beznamiętny klimat estetyczny; jest kanciasty
i emocjonalnie matowy, niewygładzony ścieżką dźwiękową, fabularnie nieciągły,
w żaden sposób nieuprzystępniony. Jego chłód pozostawia widza „na zewnątrz”
historii, jak bezinteresownego obserwatora wiwisekcji zza szyby, separuje od
niej na bezpieczny dystans.
Jednak obraz ten pozostawia uczucie
nie tylko obcości, lecz wręcz wrogości, odrzucenia, może nawet obrzydzenia. Nie
przygnębia dlatego, że jest o chorobie, starości i śmierci – ale przez
przykrość, z jaką przychodzi obserwować sylwetki bohaterów: eliotowskich chochołowych,
wydrążonych ludzi, wypatroszonych z poczucia sensu kukieł. Ich subtelna muzyczna
wrażliwość, wielokrotnie wygrywana w filmie, stanowi protezę emocjonalności w
ogóle. Główny bohater dopiero w sytuacji ostatecznej z trudem uczy się bliskości
z wieloletnią towarzyszką swego życia, daje ujście skamieniałej pod konwenansem
czułości – wszakże z umiarkowanym powodzeniem, skoro w kulminacyjnej scenie dusi
opierającą się żonę poduszką (czyje cierpienia skraca w ten sposób?). Czuć okazało
się nieznośnym. Egocentryczna córka obojga wahadłowo to zbliża się do nich w
odruchu obowiązku lub przywiązania, to ucieka aż za Kanał La Manche, oszołomiona gwałtownym przypływem uczuć, nieprzyjemnie wstrząśnięta wewnątrz swego zeskorupiałego
kokonu. Z jakimż obmierzłym mozołem przedziera się przez zasieki zażenowania,
aby wykonać drobny gest: dotknąć dłoni matki.
Bohaterowie zazdrośnie strzegą
swej samotności, celebrują swoją samowystarczalność tak samo, jak starannie
upozowane, dekoracyjne kwestie, które deklamują w swych ażurowych konwersacjach. Anna wyniośle
odrzuca pomoc i uwagę, także własnego dziecka. Georges pozostawia bez
odpowiedzi innej niż do bólu konwencjonalna wielokrotne oferty pomocy składane
przez sąsiadów, ludzi o zapewne gorszym muzycznym guście, za to pełnych dobrej
woli. Nie na tym jednak przecież polega godność – nie na dumnej izolacji i nie
na wstydzie z tego, co jest zwykłym ludzkim losem. Tak można tylko przegrać. I tak przegrywają Georges i Anna.
Ich żywot jest ametafizyczny.
Wielkie, puste, jałowo neutralne mieszkanie po ich odejściu zdaje się metaforą
świata, któremu sens nadać może tylko obecność ludzi. Reżyser mówi: sens ma datę
przydatności – obecność ludzi jest efemeryczna, a on umiera wraz z nimi. Jego film
pokazuje jednak co innego: sens ten może nie zawitać wcale, mimo obecności
ludzi, i to dopiero jest prawdziwie dramatyczne. Sens nie poddaje się bowiem rozmyślnej
inżynierii, nie wyniknie z wystudiowanej kompozycji życia jak utworu muzycznego
ani z wolnego wyboru – tak człowiek może stworzyć jedynie jednowymiarową, nietrwałą makietę,
za którą skulony, będzie mógł już tylko się ukryć.
Jako społeczna diagnoza film ten jest
ciekawy, a nawet pouczający (niechcący jest tak krytyczną wypowiedzią o naszych
czasach). Ani o życiu, ani o śmierci nie dowiadujemy się z niego zgoła niczego,
co naprawdę warto wiedzieć. Kontrapunktem dla „Miłości” jest fenomenalny i tak
humanistyczny „Dowcip” Mike’a Nicholsa, a dobrą odpowiedzią na rozterkę „Twierdza” Antoine
de Saint-Exupery'ego.