Historia współczesnej pani
Bovary wiele (i niezbyt dobrze) mówi o naszych czasach, gdy zdradzić i opuścić to
rzecz naturalna. Jakimż przekleństwem jest ta nieznośna lekkość bytu.
Młoda mężatka Margot zadurza
się w przypadkowo poznanym Danielu, domorosłym artyście i rykszarzu. Daremnie
walczy z uczuciem, w końcu decyduje się porzucić męża. U boku kochanka zaznaje zaledwie
krótkotrwałej, ulotnej radości. Powraca do punktu wyjścia, do swego niespełnienia
i swej samotności na życzenie.
To film o tęsknocie za
uniesieniem będącym w stanie choćby prowizorycznie załatać dziury w tkaninie
życia, której nie chce nam się niestrudzenie dziergać. Dziury zawsze pozostają,
co więcej, zawsze rozdziawiają swoje poszarpane kratery w tych samych miejscach.
„Nowe stanie się stare”, jak komentuje zwierzenia Margot nieznajoma kobieta pod
prysznicem na pływalni, stanowiąca jak gdyby uosobienie dojrzałej kobiecej
mądrości. Także szwagierka Geraldine, zmagająca się z prywatnymi demonami, to
wie: z dna alkoholowego upodlenia donosi, że życie ma swoje braki, nie do naprawienia.
Dlaczego one są
świadome tego, czego nie wie, może nawet nie chce dowiedzieć się bohaterka? Jej
niezgoda na życie takie, jakim ono jest i autodestrukcyjna egzaltacja (z jaką lgnie
do ideału wydumanego z przygodnego znajomego) to prawdziwe źródła jej płonnej szarpaniny
i chronicznego niezaspokojenia. Margot po prostu wybiera niedojrzałość i –
chciałoby się dodać prawdopodobnie ponad planem reżyserki – płaci za to sprawiedliwą
cenę. Kary tej nie wymierza Margot jej społeczność, czyni to sobie sama; to bowiem
źle ułożona struktura jej osobowości skazuje ją na wieczne znużenie, na popadanie
w powtarzalny schemat zakochań i odkochań, z wciąż większym wysiłkiem własnym
rozbujaną huśtawkę seryjnie następujących po sobie uczuć, ostatecznie na samotność.
Michelle Williams w tej
roli urzeka wrażliwością, na tak bliski dystans daje podejść do siebie kamerze,
jest emocjonalnie czytelna jak otwarta książka. Jej rola jest jednak napisana
jako manieryczna, jest w niej coś z rozkapryszonego, irytującego dziecka (nie
tylko dlatego, że to dziecko udaje w rozkosznych dialogach z mężem). Właściwy
Margot sposób komunikowania się ze światem jest artystowsko poetycki – z tym nic
niestety nie da się zrobić. Taki rysunek postaci można także, bardziej
życzliwie, potraktować jako świadomy zabieg reżyserki, obliczony na ukazanie niedostosowania
Margot, rozmiaru jej odstępu od rzeczywistości, wreszcie tego, jak rzeczywistością
tą skrycie gardzi.
Nic nie poradzę na to,
że najbardziej sympatyczną postacią jest dla mnie mąż, twardo stąpający po ziemi,
czuły i solidny. Codzienne rytuały Margot i Lou (mimowolnie przenoszone przez
bohaterkę do nowego związku), dla zewnętrznego obserwatora być może nieco
żenujące, wyrażają i budują przecież ich radosną bliskość (czy każda dobrana para
nie ma unikalnego języka intymnego, charakterystycznego stylu przekomarzania się
i po prostu bycia razem). Najbardziej wzruszająca scena filmu to ta, w której przy
rozstaniu mąż zdradza Margot mały, rozczulający sekret. Miał przechować go starannie
aż na ich późną, wspólną starość – tej, jak wiedzą już oboje, nie dane będzie
się przydarzyć.
Pewien amoralizm filmu –
to, że zdrada nie została w nim nazwana po imieniu – paradoksalnie wzmacnia jego
niezamierzenie moralistyczną wymowę. Ta z kolei ma tu być może głównie
utylitarystyczną podbudowę. Po prostu zdradzać nie było warto, marne zyski nie zrównoważyły
niepowetowanych strat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz