niedziela, 7 października 2012

Pani Bovary to ona („Take This Waltz”, S. Polley)


Historia współczesnej pani Bovary wiele (i niezbyt dobrze) mówi o naszych czasach, gdy zdradzić i opuścić to rzecz naturalna. Jakimż przekleństwem jest ta nieznośna lekkość bytu.

Młoda mężatka Margot zadurza się w przypadkowo poznanym Danielu, domorosłym artyście i rykszarzu. Daremnie walczy z uczuciem, w końcu decyduje się porzucić męża. U boku kochanka zaznaje zaledwie krótkotrwałej, ulotnej radości. Powraca do punktu wyjścia, do swego niespełnienia i swej samotności na życzenie.

To film o tęsknocie za uniesieniem będącym w stanie choćby prowizorycznie załatać dziury w tkaninie życia, której nie chce nam się niestrudzenie dziergać. Dziury zawsze pozostają, co więcej, zawsze rozdziawiają swoje poszarpane kratery w tych samych miejscach. „Nowe stanie się stare”, jak komentuje zwierzenia Margot nieznajoma kobieta pod prysznicem na pływalni, stanowiąca jak gdyby uosobienie dojrzałej kobiecej mądrości. Także szwagierka Geraldine, zmagająca się z prywatnymi demonami, to wie: z dna alkoholowego upodlenia donosi, że życie ma swoje braki, nie do naprawienia.

Dlaczego one są świadome tego, czego nie wie, może nawet nie chce dowiedzieć się bohaterka? Jej niezgoda na życie takie, jakim ono jest i autodestrukcyjna egzaltacja (z jaką lgnie do ideału wydumanego z przygodnego znajomego) to prawdziwe źródła jej płonnej szarpaniny i chronicznego niezaspokojenia. Margot po prostu wybiera niedojrzałość i – chciałoby się dodać prawdopodobnie ponad planem reżyserki – płaci za to sprawiedliwą cenę. Kary tej nie wymierza Margot jej społeczność, czyni to sobie sama; to bowiem źle ułożona struktura jej osobowości skazuje ją na wieczne znużenie, na popadanie w powtarzalny schemat zakochań i odkochań, z wciąż większym wysiłkiem własnym rozbujaną huśtawkę seryjnie następujących po sobie uczuć, ostatecznie na samotność.

Michelle Williams w tej roli urzeka wrażliwością, na tak bliski dystans daje podejść do siebie kamerze, jest emocjonalnie czytelna jak otwarta książka. Jej rola jest jednak napisana jako manieryczna, jest w niej coś z rozkapryszonego, irytującego dziecka (nie tylko dlatego, że to dziecko udaje w rozkosznych dialogach z mężem). Właściwy Margot sposób komunikowania się ze światem jest artystowsko poetycki – z tym nic niestety nie da się zrobić. Taki rysunek postaci można także, bardziej życzliwie, potraktować jako świadomy zabieg reżyserki, obliczony na ukazanie niedostosowania Margot, rozmiaru jej odstępu od rzeczywistości, wreszcie tego, jak rzeczywistością tą skrycie gardzi.

Nic nie poradzę na to, że najbardziej sympatyczną postacią jest dla mnie mąż, twardo stąpający po ziemi, czuły i solidny. Codzienne rytuały Margot i Lou (mimowolnie przenoszone przez bohaterkę do nowego związku), dla zewnętrznego obserwatora być może nieco żenujące, wyrażają i budują przecież ich radosną bliskość (czy każda dobrana para nie ma unikalnego języka intymnego, charakterystycznego stylu przekomarzania się i po prostu bycia razem). Najbardziej wzruszająca scena filmu to ta, w której przy rozstaniu mąż zdradza Margot mały, rozczulający sekret. Miał przechować go starannie aż na ich późną, wspólną starość – tej, jak wiedzą już oboje, nie dane będzie się przydarzyć.

Pewien amoralizm filmu – to, że zdrada nie została w nim nazwana po imieniu – paradoksalnie wzmacnia jego niezamierzenie moralistyczną wymowę. Ta z kolei ma tu być może głównie utylitarystyczną podbudowę. Po prostu zdradzać nie było warto, marne zyski nie zrównoważyły niepowetowanych strat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz