poniedziałek, 24 września 2012

Swoi („Obca”, F. Aladag)

Umay, piękna młoda żona i matka, wraz z kilkuletnim synem ucieka od maltretującego ją męża i rzeczywistości Stambułu z powrotem do swej własnej rodziny i do Berlina, w którym się wychowała. „Swoi” jednak nie są gotowi zaakceptować jej wyboru, który dramatycznie utrudnia także ich życie w tureckiej społeczności. Nieugięta Umay przysparza własnej rodzinie okropnej zgryzoty, potem budzi jej narastającą nienawiść, prowadzącą do bezwarunkowego odrzucenia, a wreszcie do tragicznego końca.

To, co najbardziej porusza, to przywiązanie Umay do jej rodzinnych dręczycieli, z uwagi na strukturę sytuacji i przebieg zdarzeń przypominające chwilami syndrom sztokholmski. Dobra, pogodna twarz Sibel Kekilli w ciągu 119 minut filmu jest policzkowana przez wszystkich chyba mężczyzn należących do rodziny: męża, ojca, obu braci – najwyraźniej zgodnych współwyznawców filozofii „dziś bije, jutro pogłaszcze”, przyzwyczajonych, kulturowo przyuczonych do wymuszania pięścią posłuchu kobiet. Także matka i siostra nie są jej sojuszniczkami, nie są z nią solidarne, wybierają obóz silniejszych. Uczucie Umay poniewierane, wystawiane na tak ciężką próbę, a jednak czerpiące z jakiegoś niewysychającego źródła, jej gotowość do rozmaitych poniżeń w imię niemożliwego pojednania, dosłownie wzruszają do łez. Jednak tak przecież ją wychowano – wprawdzie nie umie już żyć w sposób, jakiego życzy sobie rodzina, nie umie jednak nadal żyć bez niej.

Jednocześnie słusznie zżymać się można na uproszczenia, pewną tendencyjność tego obrazu. Zyskałby on dodatkowy wymiar fabularnej, ale i moralnej komplikacji, o ile zostałby on zbudowany na rzeczywistym konflikcie racji: gdyby mąż Umay nie znęcał się nad nią, a przyczyną jednostronnego rozstania stała się (jak to dziś zwykle na Zachodzie bywa) prawdziwa czy urojona „niezgodność charakterów”, chęć poszukiwania nowego życia u boku kogo innego, głód idealizowanej miłości romantycznej, czy też prosta niechęć do życia w Turcji. Skoro mąż bije, a Umay została wyposażona w anielski charakter, pod dyktando reżysera widz bierze jej stronę. Jakiekolwiek moralne wątpliwości usuwa również eksces agresji, której dopuszcza się rodzina bohaterki; niczym nie daje się on usprawiedliwić. Samo zakończenie filmu – tragiczny zbieg okoliczności i przypadkowa ofiara rodzinnego mordu – wydaje się przy tym zbyt wymyślone, estetycznie konstruowane poza granicą życiowego prawdopodobieństwa.

Nawet jeśli zaprzęgnięta do propagandy, jest to jednak sztuka. Słabością i siłą tego filmu zarazem jest trudny do ogarnięcia, żywy kontrast między charakterem bohaterów (przyzwoitych i wrażliwych) a ich postępowaniem. Oskarżenie twórców wymierzone jest nie tyle w przestraszoną matkę, zbolałego ojca, zdesperowaną siostrę, darzącego Umay wyjątkowo silnym uczuciem młodszego brata, porywczego brata starszego – ale w kulturowy wzorzec, który krępuje swobodę wyboru ich wszystkich, zmusza do popełniania raniących w każdym tego słowa znaczeniu okropności. To słabość filmu: nie chce się wierzyć, że podobnie szlachetni ludzie mogliby posunąć się do tak zawziętej wrogości. Nie jest też wcale pewne, czy ów kulturowy wzorzec rzeczywiście skłania do takich czynów (także u tych, którzy nie należą do tradycyjnej społeczności islamskiej, jednostronność jego prezentacji może budzić niedowierzanie, a nawet pewien odruch sprzeciwu). To jednak także jego siła: bo w ten sposób reżyser pozwala nam obdarzyć sympatią i współczuciem również rodzinę Umay, co pogłębia emocjonalny odbiór filmu. Obserwowane rozterki krewnych bohaterki, ich dobre serca wywołują nierozumne być może oczekiwanie happy endu, nadzieję choćby na rozejm w tej wojnie bez wygranych.

Jednak – niestety – daremnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz