sobota, 15 grudnia 2012

Samotność („Miłość”, M. Haneke)

Wykwintne i uregulowane życie Georgesa i Anny: starej małżeńskiej pary francuskich bourgeois wykoleja się z powodu stopniowo pogarszającego się stanu zdrowia Anny. Dawniej wypielęgnowana, elegancka intelektualistka-nauczycielka muzyki, teraz bezradna w postępującej regresji do stadium zdezorientowanego dziecka. Opiekę nad nią sprawuje sędziwy mąż – fizycznie nadal dostatecznie sprawny, emocjonalnie i duchowo równie bezsilny, ogłuszony sytuacją, bez pomysłu na dobre, szlachetne zakończenie wspólnej drogi.

Film Hanekego charakteryzuje – typowy dla tego reżysera – sterylny, beznamiętny klimat estetyczny; jest kanciasty i emocjonalnie matowy, niewygładzony ścieżką dźwiękową, fabularnie nieciągły, w żaden sposób nieuprzystępniony. Jego chłód pozostawia widza „na zewnątrz” historii, jak bezinteresownego obserwatora wiwisekcji zza szyby, separuje od niej na bezpieczny dystans.

Jednak obraz ten pozostawia uczucie nie tylko obcości, lecz wręcz wrogości, odrzucenia, może nawet obrzydzenia. Nie przygnębia dlatego, że jest o chorobie, starości i śmierci – ale przez przykrość, z jaką przychodzi obserwować sylwetki bohaterów: eliotowskich chochołowych, wydrążonych ludzi, wypatroszonych z poczucia sensu kukieł. Ich subtelna muzyczna wrażliwość, wielokrotnie wygrywana w filmie, stanowi protezę emocjonalności w ogóle. Główny bohater dopiero w sytuacji ostatecznej z trudem uczy się bliskości z wieloletnią towarzyszką swego życia, daje ujście skamieniałej pod konwenansem czułości – wszakże z umiarkowanym powodzeniem, skoro w kulminacyjnej scenie dusi opierającą się żonę poduszką (czyje cierpienia skraca w ten sposób?). Czuć okazało się nieznośnym. Egocentryczna córka obojga wahadłowo to zbliża się do nich w odruchu obowiązku lub przywiązania, to ucieka aż za Kanał La Manche, oszołomiona gwałtownym przypływem uczuć, nieprzyjemnie wstrząśnięta wewnątrz swego zeskorupiałego kokonu. Z jakimż obmierzłym mozołem przedziera się przez zasieki zażenowania, aby wykonać drobny gest: dotknąć dłoni matki.

Bohaterowie zazdrośnie strzegą swej samotności, celebrują swoją samowystarczalność tak samo, jak starannie upozowane, dekoracyjne kwestie, które deklamują w swych ażurowych konwersacjach. Anna wyniośle odrzuca pomoc i uwagę, także własnego dziecka. Georges pozostawia bez odpowiedzi innej niż do bólu konwencjonalna wielokrotne oferty pomocy składane przez sąsiadów, ludzi o zapewne gorszym muzycznym guście, za to pełnych dobrej woli. Nie na tym jednak przecież polega godność – nie na dumnej izolacji i nie na wstydzie z tego, co jest zwykłym ludzkim losem. Tak można tylko przegrać. I tak przegrywają Georges i Anna.

Ich żywot jest ametafizyczny. Wielkie, puste, jałowo neutralne mieszkanie po ich odejściu zdaje się metaforą świata, któremu sens nadać może tylko obecność ludzi. Reżyser mówi: sens ma datę przydatności – obecność ludzi jest efemeryczna, a on umiera wraz z nimi. Jego film pokazuje jednak co innego: sens ten może nie zawitać wcale, mimo obecności ludzi, i to dopiero jest prawdziwie dramatyczne. Sens nie poddaje się bowiem rozmyślnej inżynierii, nie wyniknie z wystudiowanej kompozycji życia jak utworu muzycznego ani z wolnego wyboru – tak człowiek może stworzyć jedynie jednowymiarową, nietrwałą makietę, za którą skulony, będzie mógł już tylko się ukryć.  

Jako społeczna diagnoza film ten jest ciekawy, a nawet pouczający (niechcący jest tak krytyczną wypowiedzią o naszych czasach). Ani o życiu, ani o śmierci nie dowiadujemy się z niego zgoła niczego, co naprawdę warto wiedzieć. Kontrapunktem dla „Miłości” jest fenomenalny i tak humanistyczny „Dowcip” Mike’a Nicholsa, a dobrą odpowiedzią na rozterkę „Twierdza” Antoine de Saint-Exupery'ego.