W
kulminacyjnej scenie tego filmu, stanowiącej sworzeń, wokół którego rotuje akcja, Alfred nie przychodzi z pomocą swemu bratu. Gdy ten staje w obronie
dziewczyny napastowanej przez grupę wyrostków, zostaje przez nich wyrzucony z
pociągu w biegu. „Wymyk” nie jest jednak płaskim filmem o tzw. znieczulicy,
która czyni obojętnych milczącymi świadkami-współuczestnikami zbrodni, lecz
nienachalnym i nieoczywistym moralitetem. Traktuje o poczuciu gorszości, winie
i wstydzie. I o przebaczeniu, które jest cierpkim zadaniem do wypełnienia.
Alfred
to „gorszy brat” Jerzego, żyjący w jego cieniu: postponowany przez rodzinę, nie
tak zdolny i śmiały w pomysłach na rozwój wspólnie prowadzonego biznesu,
niewyedukowany za granicą, w odróżnieniu od brata bezdzietny. Kompensujący
poczucie niższości gadżetami, dający popisy brawury w sprawach błahych, jest
niestabilny i targany emocjami. Zawsze nie na czasie, zawsze drugi w kolejności,
nawet dla najbliższych, zdawałoby się, zobowiązanych wobec niego do miłości –
ojca, matki, żony.
Na
pytanie, dlaczego Alfred zawodzi w momencie próby, popadając w brzemienne w
skutki osłupienie, odpowiedź jest niejasna, a może raczej złożona. Z pewnością
tchórzy, w jego zachowaniu jest jednak być może także domieszka resentymentu.
Swoją biernością chce odpłacić bratu, który upokarza go samą swoją obecnością,
dającą otoczeniu nieustanne okazje do codziennych porównań, umywa ręce od
dokonującej się na jego oczach zbrodni. Inaczej niż bohater „Upadku” Camusa,
Alfred jest człowiekiem niepoważanym, w odbiorze innych nie do końca udanym, a
stupor w obliczu próby nie przełamuje radykalnie jego uprzedniego
samozadowolenia, lecz tylko grąży go głębiej w doświadczanym od dawna poczuciu
nieadekwatności.
Alfred
uchybia bratu, którego wszak jest stróżem i wobec którego ma zupełnie
rudymentarne powinności. Z straszliwego rozmiaru swego błędu zdaje sobie sprawę
sam, zna jego ciężar od pierwszej chwili, nielitościwie uświadamia mu go też
bez ustanku rodzina (ojciec katuje go, powtarzając, że brata „nie upilnował”).
W swojej relacji zdawanej bliskim przedstawia się w lepszym świetle, niż to
usprawiedliwia rzeczywisty przebieg wypadków, lecz film ze zdarzenia w pociągu,
rychło udostępniony w Internecie, jest przeszywająco jasny co do popełnionego
przez niego zaniechania. To sprawia, że Alfred traci ostatni szaniec swej
godności.
Wtedy
wydaje się, że pozostaje mu tylko palący wstyd, otchłanna studnia
samozatracenia, implozja do czarnego punktu bezapelacyjnej winy. W przejmującej
scenie w kościele Alfred narażony jest na zaprawione złą ciekawością spojrzenia
wiernych. Jest także adresatem zapraszającego gestu spowiednika. W konfesjonale
nie ma jednak dla niego miejsca, bo Alfred sam odmawia sobie przebaczenia,
zaciekły w samoobwinianiu się. Po omacku i samotnie brodzi w swym upadku z otwartymi
ranami wyrytego głęboko piętna winy, egotycznie skoncentrowany na przeżywaniu
swej życiowej klęski.
Podobno
to pycha była najpoważniejszym grzechem Judasza. Powiesił się, ponieważ w
rozpaczy ocenę własnej winy, jako zbyt ciężkiej, by mogła być zmazana,
przedłożył nad prawdę o bezmiernym Bożym miłosierdziu.
Alfred jednak
ostatecznie podnosi się, mozolnie i z determinacją, o własnych siłach.
Miarą wielkości tego filmu jest sposób ukazania tej metamorfozy – jako płynnej,
następującej niepostrzeżenie, a jednak od pewnego momentu dla widza oczywistej.
Bohater stara się zadośćuczynić bratu na tyle, na ile jest to jeszcze możliwe,
nie bacząc na cierpienia, o jakie może to przyprawić jego samego. Pielęgnuje
brata w szpitalu, znajduje jednego ze sprawców morderstwa, publicznie
demaskując go przy pomocy filmu z internetu, przecież bezlitośnie,
niedwuznacznie obnażającego także jego słabość. I choć dla jego bliskich to
gesty pozbawione znaczenia, wywołujące jedynie gryzące szyderstwa, Alfred na
nich buduje na nowo swoją tożsamość – jako człowieka, który gotów jest zmierzyć
się mężnie ze swoją winą, tak jak czyni to, gdy w bolesnej scenie patrzy w
szklane oczy martwego brata. Odtrącony i niekochany, samodzielnie na powrót
sklei swoją podmiotowość.
Ten
film nie udałby się bez kreacji Roberta Więckiewicza. Jest oszczędna w środkach
wyrazu, a tak prawdziwa. Chwilami twarz aktora wypełnia niemal cały ekran, a
choć jest prawie nieruchoma, drobnymi zaledwie poruszeniami zdradza intensywne
emocje. Rola Więckiewicza jest idealnie wpasowana w poetykę tego obrazu, który
nie epatuje dramatyzmem, jest naturalny i zwyczajny w sposobie opowiadania.
Jest także zarazem zwarty - nie rozmienia swego pomysłu na drobne mnogich,
przegadanych scen - i odpowiednio nasycony. Jego konstrukcja jest dopracowana,
a zakończenie wymowne, lecz w sposób niedeklaratywny.
To
bez dwóch zdań prawdziwa sztuka.
niedziela, 25 marca 2012
piątek, 23 marca 2012
Zmysłowa apokalipsa („Ostatnia miłość na ziemi”, D. MacKenzie)
Gdy ludzi na całym świecie dotyka
niewytłumaczalna epidemia zaniku kolejnych zmysłów, między szefem kuchni a
kobietą będącą naukowcem zwalczającym straszliwą plagę rodzi się tytułowe
uczucie. Wcześniej poranieni i raniący, teraz odnajdują w sobie pokłady
zaufania i wrażliwości, angażują się wciąż głębiej i wciąż bardziej
rozpaczliwie w ten związek ostatniej szansy.
Niezwykła, naprawdę niezwykła
jest kanwa tego filmu: katastrofa spadająca na świat w postaci stopniowej
utraty zmysłów – każdorazowo poprzedzonej przeżyciem emocji o porażającej
intensywności: smutku, lęku, gniewu, wreszcie radości. Ciekawie eksploatowany, poprowadzony
pomysłowo i wzruszająco jest wątek zdolności adaptacyjnych ludzi w obliczu
ubożejącego odbioru rzeczywistości, intensyfikacji przeżywania przez nich
zawężonego pola doznań. Restauracja, w której
pracuje Michael, raczy klientów misternie konstruowanymi zmysłowymi wrażeniami nawet
wtedy, gdy opuszczają ich smak i węch. Ta sensualna warstwa filmu, skojarzona z przeczuciem
nieubłaganej logiki zagłady, odpowiada za jego elegijny nastrój, przesycające
go dojmujące poczucie nieuniknionej straty, zatrzaśnięcia piękna tego świata
przed jego mieszkańcami. Porządna, rzetelna jest gra aktorska Ewana McGregora i
Evy Green, w ich uczucie można uwierzyć. Dlaczego zatem ostatecznie z wysokogatunkowych,
a nawet wykwintnych składników powstaje danie nieco pozbawione wyrazu – film
blady i zbyteczny?
Drażnią scenariuszowe
niekonsekwencje i mielizny psychologiczne, na jakich osiadają zachowania
bohaterów. Mimo że, jak wiadomo, zmysłów mamy (przynajmniej) pięć, na ekranie
oglądamy utratę czterech – nietknięty zarazą pozostaje dotyk, a przecież jego
odjęcie można było znakomicie „wygrać” w kontekście miłosnym. Bohaterka
jest naukowcem zmagającym się z epidemią, lecz ma niesłychanie dużo czasu na
romans (co rodzi myśl dość cyniczną, a może tylko zdroworozsądkową, że epidemię
można byłoby powstrzymać, gdyby tylko ludzie tacy jak Susan z większą pasją
zajmowali się powierzonymi sobie zadaniami). Nielogiczności filmu sięgają także
centralnych dla rozwoju akcji zachowań bohaterów – dziwi rozmiar urazy Susan wobec
wybuchu gniewu jej kochanka, gniewu, o którym wiadomo przecież, że wyzwoliła go
choroba. Sam obraz globalnej ludzkiej osady pogrążającej się w chaotycznym
upadku, choć przecież nie bez walki, jest sugestywny, lecz nienowy, a może
nawet wtórny (nasuwa skojarzenie ze stosunkowo niedawnym „Miastem ślepców” opartym
na powieści J. Saramago). Podobnie świeżości brakuje nieco konstrukcji roli Ewana
McGregora, przypominającej tę z „Debiutantów” M. Millsa.
Nie jest jasne, co przez ten film
próbuje się nam przekazać – oczywiście, poza zgrabnie podaną, przesyconą
liryzmem historią miłosną. Niewykluczona jest odpowiedź, że nic zgoła. W takim
jednak razie to film straconej szansy. Większe oczekiwania wobec niego buduje –
powtórzę – znakomita rama tego melodramatu, którą jest starannie rozrysowana
apokalipsa dziejąca się poprzez postępujący brak czucia. Chciałoby się, by
zanik zmysłów coś znaczył, zwłaszcza w relacji do namiętności bohaterów. Przesłanie
tego filmu można wykreować, wyinterpretować własnymi siłami – czyniąc nim
choćby diagnozę, że świadomość oszałamiającej urody świata przychodzi dopiero poprzez
niemożność jej percepcji, że niepowetowaną stratą okazuje się odjęcie zdolności
przeżywania, zwykle tak wstrętnej człowiekowi, który tyle energii wkłada w
znieczulanie, otorbianie i maskowanie swej wrażliwości, albo że podstawowym
zmysłem jest zmysł miłości (wszak oryginalny tytuł obrazu, zupełnie zagubiony w
tłumaczeniu, to „Perfect Sense”).
Faktem pozostaje jednak, że film wprawdzie zanurza widza w nastrojowej
melancholii, lecz sam z siebie irytująco mało zawiera głębszych tropów. Sensu w
nim niestety niewiele.
piątek, 16 marca 2012
W służbie słuszności („Służące”, F. Oz)
Film ten, osadzony w latach
sześćdziesiątych ubiegłego wieku w prowincjonalnym miasteczku w Missisipi,
jest historią emancypacji czarnych służących – formalnie dawno już wyzwolonych,
faktycznie wciąż unieruchomionych w pętach codziennych poniżeń, poddanych
piętnującej segregacji rasowej. Obserwujemy zakrzepłą w osobistej tragedii,
twardą i rzetelną Aibileen, gadatliwą i niepokorną Minny, subtelną i trochę zalęknioną
Sugar. Obserwujemy także skrajnie złe traktowanie, jakiego doznają od swoich białych,
bogatych „pań”, zepsutych i głupich. Budzi ono poczucie krzywdy tym większe, że
obecne dręczycielki są ich dawnymi podopiecznymi, rozkosznymi dziećmi,
które tak brzydko dojrzały. W białej społeczności posiadaczy ziemskich dwa
są tylko wyjątki – atrakcyjna, ale psychicznie krucha, pochodząca z dołów
społecznych i odepchnięta przez miejscową socjetę jako „złodziejka
narzeczonych” i parweniuszka Celia, a przede wszystkim Skeeter, młoda
dziennikarka, energiczna aktywistka, wyedukowana i pragnąca od życia czegoś więcej
niż jej koleżanki. To jej działania staną się sprężyną akcji: namówi służące do
zwierzeń, które wydane w postaci książki wzburzą miejscową społeczność,
ale całej Ameryce uzmysłowią rzeczy ważne, a bohaterkom przywrócą godność.
Film jest niewątpliwie w swym zamyśle słuszny, a w wykonaniu – sprawny. Nie czyni go to jednak bynajmniej wartościowym artystycznie.
Dydaktyzm filmu i jego monochromatyczność bywają nieznośne. Postaci białych żon i matek są natrętnie karykaturalne. Reżyser przedstawia je jako groteskowe lalki, puste w środku, leniwe, okrutne i nakręcone (przypominają androidy-bohaterki „Żon ze Stepford”). Służące z kolei są wzorami cnót (jeżeli już kradną, to tylko po to, by zapewnić swoim zdolnym dzieciom edukację), ujawniają bezmierne pokłady wrażliwości, wewnętrznego piękna, hartu ducha. Jakkolwiek (podobno) cierpienie uszlachetnia, ta czytankowa wizja jest ideologicznie skażona, nazbyt upraszczająca, bo dychotomiczna, trochę też niesprawiedliwa. O wzruszenie przyprawia tylko Celia, tak jest bezbronna, niepewna siebie i w dobrym tego słowa znaczeniu naiwna, tak dzielnie swoimi niewielkimi siłami walczy z niewesołym, mimo świeżo pozyskanego komfortu, życiem. Tyko w niej jest coś prawdziwego, bo pochodzącego spoza cyfrowego świata płytkiego sentymentalizmu i poprawnego, schematycznego banału.
Film jest niewątpliwie w swym zamyśle słuszny, a w wykonaniu – sprawny. Nie czyni go to jednak bynajmniej wartościowym artystycznie.
Dydaktyzm filmu i jego monochromatyczność bywają nieznośne. Postaci białych żon i matek są natrętnie karykaturalne. Reżyser przedstawia je jako groteskowe lalki, puste w środku, leniwe, okrutne i nakręcone (przypominają androidy-bohaterki „Żon ze Stepford”). Służące z kolei są wzorami cnót (jeżeli już kradną, to tylko po to, by zapewnić swoim zdolnym dzieciom edukację), ujawniają bezmierne pokłady wrażliwości, wewnętrznego piękna, hartu ducha. Jakkolwiek (podobno) cierpienie uszlachetnia, ta czytankowa wizja jest ideologicznie skażona, nazbyt upraszczająca, bo dychotomiczna, trochę też niesprawiedliwa. O wzruszenie przyprawia tylko Celia, tak jest bezbronna, niepewna siebie i w dobrym tego słowa znaczeniu naiwna, tak dzielnie swoimi niewielkimi siłami walczy z niewesołym, mimo świeżo pozyskanego komfortu, życiem. Tyko w niej jest coś prawdziwego, bo pochodzącego spoza cyfrowego świata płytkiego sentymentalizmu i poprawnego, schematycznego banału.
Przedstawiane zdarzenia są niby
dramatyczne, ale tylko na miarę wytrzymałości widza oczekującego ekspresowego
pokrzepienia w stylu Hollywood, buchalteryjnego wyrównania krzywd jeszcze przed
napisami. Wbrew (w kontekście historycznym, jak najbardziej uzasadnionym) obawom,
po publikacji bulwersującej społeczność książki nie zachodzi nic drastycznego,
nic, co istotnie zagrażałoby bohaterkom. Najbardziej poszkodowana jest jej
autorka, bo odchodzi od niej narzeczony. Jednak i ją rozstanie z ukochanym
mężczyzną przyprawi o zaskakująco mało cierpień, będzie bowiem proste „w obsłudze”
i higieniczne jak nowoczesna toaleta (przywołuję ten sprzęt nie bez powodu
– odgrywa on przecież pewną rolę w fabule).
Tym sposobem obraz ten przynależy raczej do nieskomplikowanego telewizyjnego kina familijnego, niż nadaje się na wielki ekran. Choć bowiem film słuszny może być zarazem dobry, ten szczęśliwy przypadek niestety tu nie zaszedł.
piątek, 2 marca 2012
Epidemia niedojrzałości („Ki”, L. Dawid)
Ki, młoda kobieta bez stałego zajęcia i stałego adresu, z kilkuletnim dzieckiem ze związku z niewydolnym wychowawczo i życiowo byłym partnerem-nieudacznikiem i damskim bokserem, błąka się po swoim życiu. Bez ustanku i bez skrępowania, w sprawach drobnych i poważnych, do znajomych i nieznajomych nonszalancko, tonem oczywistości zwraca się o pomoc. Pomoc – o ile w ogóle nadchodzi – jest doraźna, zwykle udzielana na odczepnego, w biegu, niechętnie. Nikt nie podejmuje wobec Ki wychowawczego trudu, wszyscy pozostają płytko zaangażowani, tak naprawdę sami zajęci utrzymywaniem się na powierzchni.
Na plakacie filmu widnieje napis „nie polubisz jej”. „Do lubienia” nie nadają się jednak przede wszystkim inni bohaterowie tej historii. Otoczenie Ki jest nie bardziej dojrzałe od niej, może nawet mniej. Koleżanka artystka-feministka, która bez skrupułów wykorzystuje historię Ki w swojej pracy, lekko rzuca, by Ki wprowadziła się do niej, kiedy jednak staje się to faktem, widać, że zachęta ta była pustym słowem. Ojciec Pio (czyli synka Piotrusia – Ki skraca wszystkie imiona do pierwszej sylaby) jest w ewidentnym życiowym dryfie, mógłby u samej Ki pobierać elementarne lekcje opieki nad dzieckiem. Jej matka pojawia się i znika, ojciec znikł na dobre wkrótce po narodzinach. Kierownik opieki społecznej – bywalec nocnych klubów chce ją wykorzystać.
Jest wreszcie współlokator Miko(łaj), zajmujący inny pokój w mieszkaniu, w którym zatrzymała się Ki. Początkowo wręcz autystyczny, poszukujący na wszelką cenę spokoju, któremu zagraża tornado życiowych perturbacji, jakim jest Kinga, z czasem ulega jej powabowi (a może też własnemu łaknieniu ciepła), otwiera się na nią i jej syna. Także on jednak zawodzi, śmiesznie blisko stawiając granicę poświęcenia, do którego jest skłonny w imię ich bliskości. Nie można na nim polegać, co Ki – mimo rozmaitych swoich ograniczeń – chwyta w lot, wszak widziała to już nieraz. Miko nie próbuje błędu naprawić, lecz ucieka w góry. Ucieka od problemu, jakim jest drugi człowiek.
Sama Ki ma przynajmniej urok osobisty, tupet i wolę walki (Roma Gąsiorowska gra ją w sposób, który nasuwa podejrzenia, że nie gra wcale – a po prostu dzieli z bohaterką osobowość). Inni są szarzy, a równie nieodpowiedzialni i egoistyczni. Nikt z nich nie jest dla Ki przyjacielem – spolegliwym opiekunem. Można oczywiście zapytać: czy są jej stróżami, czy wolno zakładać, że są jej winni jakąkolwiek pomoc. Taki sposób stawiania sprawy zdradza jednak niezbyt sympatyczną wizję stosunków międzyludzkich, jako naskórkowych, opartych na interesie, przygodnej współbieżności życiowego szlaku przelotnych zetknięć „monad bez okien”. Ki naprzykrza się otoczeniu, wykorzystuje je, wygrywając swój bezpretensjonalny urok. Co jej jednak pozostaje, jeśli inaczej nie potrafi zadbać o siebie i synka, a inni nie mają jej do zaproponowania konkurencyjnego wzorca - albo nie umieją, albo po prostu im się nie chce?
Film jest ciekawy. Ciekawe jest również to, że wykazuje cechę, która charakteryzuje filmy polskie chyba od zawsze, odporną na zmianę bardziej niż ustrój. Otóż jest fatalnie udźwiękowiony. Jeżeli Polak przed ekranem z trudem rozumie Polaków przemawiających z ekranu (którzy sprawiają nieodparte wrażenie, że jednak posługują się tym samym językiem, co on), coś z dzwiękiem jest fundamentalnie nie tak.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)