piątek, 16 marca 2012

W służbie słuszności („Służące”, F. Oz)

Film ten, osadzony w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w prowincjonalnym miasteczku w Missisipi, jest historią emancypacji czarnych służących – formalnie dawno już wyzwolonych, faktycznie wciąż unieruchomionych w pętach codziennych poniżeń, poddanych piętnującej segregacji rasowej. Obserwujemy zakrzepłą w osobistej tragedii, twardą i rzetelną Aibileen, gadatliwą i niepokorną Minny, subtelną i trochę zalęknioną Sugar. Obserwujemy także skrajnie złe traktowanie, jakiego doznają od swoich białych, bogatych „pań”, zepsutych i głupich. Budzi ono poczucie krzywdy tym większe, że obecne dręczycielki są ich dawnymi podopiecznymi, rozkosznymi dziećmi, które tak brzydko dojrzały. W białej społeczności posiadaczy ziemskich dwa są tylko wyjątki – atrakcyjna, ale psychicznie krucha, pochodząca z dołów społecznych i odepchnięta przez miejscową socjetę jako „złodziejka narzeczonych” i parweniuszka Celia, a przede wszystkim Skeeter, młoda dziennikarka, energiczna aktywistka, wyedukowana i pragnąca od życia czegoś więcej niż jej koleżanki. To jej działania staną się sprężyną akcji: namówi służące do zwierzeń, które wydane w postaci książki wzburzą miejscową społeczność, ale całej Ameryce uzmysłowią rzeczy ważne, a bohaterkom przywrócą godność.

Film jest niewątpliwie w swym zamyśle słuszny, a w wykonaniu – sprawny. Nie czyni go to jednak bynajmniej wartościowym artystycznie.

Dydaktyzm filmu i jego monochromatyczność bywają nieznośne. Postaci białych żon i matek są natrętnie karykaturalne. Reżyser przedstawia je jako groteskowe lalki, puste w środku, leniwe, okrutne i nakręcone (przypominają androidy-bohaterki „Żon ze Stepford”). Służące z kolei są wzorami cnót (jeżeli już kradną, to tylko po to, by zapewnić swoim zdolnym dzieciom edukację), ujawniają bezmierne pokłady wrażliwości, wewnętrznego piękna, hartu ducha. Jakkolwiek (podobno) cierpienie uszlachetnia, ta czytankowa wizja jest ideologicznie skażona, nazbyt upraszczająca, bo dychotomiczna, trochę też niesprawiedliwa. O wzruszenie przyprawia tylko Celia, tak jest bezbronna, niepewna siebie i w dobrym tego słowa znaczeniu naiwna, tak dzielnie swoimi niewielkimi siłami walczy z niewesołym, mimo świeżo pozyskanego komfortu, życiem. Tyko w niej jest coś prawdziwego, bo pochodzącego spoza cyfrowego świata płytkiego sentymentalizmu i poprawnego, schematycznego banału.

Przedstawiane zdarzenia są niby dramatyczne, ale tylko na miarę wytrzymałości widza oczekującego ekspresowego pokrzepienia w stylu Hollywood, buchalteryjnego wyrównania krzywd jeszcze przed napisami. Wbrew (w kontekście historycznym, jak najbardziej uzasadnionym) obawom, po publikacji bulwersującej społeczność książki nie zachodzi nic drastycznego, nic, co istotnie zagrażałoby bohaterkom. Najbardziej poszkodowana jest jej autorka, bo odchodzi od niej narzeczony. Jednak i ją rozstanie z ukochanym mężczyzną przyprawi o zaskakująco mało cierpień, będzie bowiem proste „w obsłudze” i higieniczne jak nowoczesna toaleta (przywołuję ten sprzęt nie bez powodu – odgrywa on przecież pewną rolę w fabule).
Tym sposobem obraz ten przynależy raczej do nieskomplikowanego telewizyjnego kina familijnego, niż nadaje się na wielki ekran. Choć bowiem film słuszny może być zarazem dobry, ten szczęśliwy przypadek niestety tu nie zaszedł.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz