Umay, piękna młoda żona i matka, wraz
z kilkuletnim synem ucieka od maltretującego ją męża i rzeczywistości Stambułu z powrotem
do swej własnej rodziny i do Berlina, w którym się wychowała. „Swoi” jednak nie
są gotowi zaakceptować jej wyboru, który dramatycznie utrudnia także ich życie
w tureckiej społeczności. Nieugięta Umay przysparza własnej rodzinie okropnej
zgryzoty, potem budzi jej narastającą nienawiść, prowadzącą do bezwarunkowego odrzucenia,
a wreszcie do tragicznego końca.
To, co najbardziej porusza, to przywiązanie
Umay do jej rodzinnych dręczycieli, z uwagi na strukturę sytuacji i przebieg
zdarzeń przypominające chwilami syndrom sztokholmski. Dobra, pogodna twarz Sibel
Kekilli w ciągu 119 minut filmu jest policzkowana przez wszystkich chyba mężczyzn
należących do rodziny: męża, ojca, obu braci – najwyraźniej zgodnych współwyznawców
filozofii „dziś bije, jutro pogłaszcze”, przyzwyczajonych, kulturowo przyuczonych
do wymuszania pięścią posłuchu kobiet. Także matka i siostra nie są jej sojuszniczkami,
nie są z nią solidarne, wybierają obóz silniejszych. Uczucie Umay poniewierane,
wystawiane na tak ciężką próbę, a jednak czerpiące z jakiegoś niewysychającego
źródła, jej gotowość do rozmaitych poniżeń w imię niemożliwego pojednania, dosłownie
wzruszają do łez. Jednak tak przecież ją wychowano – wprawdzie nie umie już żyć
w sposób, jakiego życzy sobie rodzina, nie umie jednak nadal żyć bez niej.
Jednocześnie słusznie zżymać się
można na uproszczenia, pewną tendencyjność tego obrazu. Zyskałby on dodatkowy
wymiar fabularnej, ale i moralnej komplikacji, o ile zostałby on zbudowany na rzeczywistym
konflikcie racji: gdyby mąż Umay nie znęcał się nad nią, a przyczyną
jednostronnego rozstania stała się (jak to dziś zwykle na Zachodzie bywa) prawdziwa czy
urojona „niezgodność charakterów”, chęć poszukiwania nowego życia u boku kogo
innego, głód idealizowanej miłości romantycznej, czy też prosta niechęć do
życia w Turcji. Skoro mąż bije, a Umay została wyposażona w anielski charakter,
pod dyktando reżysera widz bierze jej stronę. Jakiekolwiek moralne wątpliwości usuwa również eksces agresji, której dopuszcza się rodzina bohaterki; niczym nie daje się on usprawiedliwić. Samo zakończenie filmu – tragiczny
zbieg okoliczności i przypadkowa ofiara rodzinnego mordu – wydaje się przy tym zbyt
wymyślone, estetycznie konstruowane poza granicą życiowego prawdopodobieństwa.
Nawet jeśli zaprzęgnięta do
propagandy, jest to jednak sztuka. Słabością i siłą tego filmu zarazem jest
trudny do ogarnięcia, żywy kontrast między charakterem bohaterów (przyzwoitych i
wrażliwych) a ich postępowaniem. Oskarżenie twórców wymierzone jest nie
tyle w przestraszoną matkę, zbolałego ojca, zdesperowaną siostrę, darzącego
Umay wyjątkowo silnym uczuciem młodszego brata, porywczego brata starszego –
ale w kulturowy wzorzec, który krępuje swobodę wyboru ich wszystkich, zmusza do
popełniania raniących w każdym tego słowa znaczeniu okropności. To słabość
filmu: nie chce się wierzyć, że podobnie szlachetni ludzie mogliby posunąć się
do tak zawziętej wrogości. Nie jest też wcale pewne, czy ów kulturowy wzorzec
rzeczywiście skłania do takich czynów (także u tych, którzy nie należą do tradycyjnej
społeczności islamskiej, jednostronność jego prezentacji może budzić niedowierzanie, a nawet pewien odruch sprzeciwu). To jednak także jego siła: bo w ten sposób reżyser
pozwala nam obdarzyć sympatią i współczuciem również rodzinę Umay, co pogłębia emocjonalny
odbiór filmu. Obserwowane rozterki krewnych bohaterki, ich dobre serca wywołują
nierozumne być może oczekiwanie happy
endu, nadzieję choćby na rozejm w tej wojnie bez wygranych.
Jednak – niestety – daremnie.
poniedziałek, 24 września 2012
niedziela, 2 września 2012
Matka dziecka Rosemary ("Musimy porozmawiać o Kevinie", L. Ramsay)
Przejmujący film Lynne Ramsay zdaje
nieśpieszną relację z „życia po” – życia matki po masakrze na dużą skalę
dokonanej przez jej syna w szkole i w domu, i „życia przed” – ich nieudanych stosunków
rodzinnych przed zdarzeniem. W sposób świeży i nieschematyczny
stawia problemy nienowe: unde malum,
co lub kto naprawdę odpowiada na zbrodnię, dlaczego człowiek zły jest zły. Na
pytania te nie udziela odpowiedzi. Jedynie zakleszcza widza w widłach dylematu:
natura czy kultura (wychowanie). Stąd bierze się jego wartość i niepokojąca
wymowa.
Eva, pokutująca matka, ta Niobe na
opak, ściera ze ścian swojego domu zacieki z czerwonej farby rozchlapanej przez
mścicieli zbrodni popełnionej przez Kevina, uparcie trwa na posterunku,
metodycznie zaszczuwana przez miejscową społeczność. Czy jednak istotnie ma za
co pokutować?
W retrospekcjach Kevin ukazany
jest jako przewrotny od dnia narodzin. Diaboliczny – jednocześnie wybitnie inteligentny,
nieczuły i amoralny. Wytrawny manipulator, przy obcych jest bez zarzutu, odmawia
łaski swej życzliwości matce i udziela jej ojcu (w jednej ze scen widzimy, jak
afekty te jest zdolny momentalnie odwrócić w sposób równie wyrachowany, co dla
zainteresowanej uwodzicielski). Ugina się tylko przez nagą siłą. Jednak z niej
także umie uczynić dźwignię realizacji swych celów (szantażuje matkę,
wyzyskując jej poczucie winy, po tym gdy raz użyła wobec niego przemocy). Co
najważniejsze, systematycznie ćwiczy celność strzału z łuku, by w starannie
obranym momencie, na krótko przez osiągnięciem pełnoletniości, opróżnić swój
kołczan.
Czy jednak film ma być ilustracją
tezy Schopenhauera, że przynosimy swój charakter na świat – w przypadku
socjopaty Kevina, charakter naznaczony nieuleczalnym defektem? To rzecz
niejednoznaczna. Sama Eva jest oziębła, wycofana, najpierw nie akceptująca
ciąży, potem nie akceptująca narodzonego dziecka (grająca ją Tilda Swinton
wydaje się stworzona do tej roli). Być może bezwiednie, przez „emocjonalną deprywację”,
ukształtowała syna na swoje podobieństwo, „tylko bardziej”, gdyż bez jej
własnej samokontroli i powściągliwości. Nastoletni już Kevin z sadystyczną
satysfakcją diagnozuje pewnego razu, że swoją złośliwość odziedziczył właśnie
po niej. Byłaby to zatem sztafeta pokoleń, od niekochającej matki do okrutnego
syna. Film poddaje się wreszcie także skrajnej interpretacji – że Kevin był od początku
występny tylko w zniekształconym odbiorze matki, a dopuszczając się zbrodni,
dorósł tylko do wyobrażenia, jakie o nim powzięła. Perspektywą filmu jest
przecież optyka samej Evy, to przez filtr jej percepcji obserwujemy zdarzenia. Czy
więc ostatecznie wina leży w tej Królowej Śniegu, jej deficycie miłości? Ale czy
niedostatek miłości może być zawiniony – nie jest przecież żadnym wyborem?
Zagadkowa jest także zaciekła i
niszcząca wrogość społeczności do, również wszak dotkniętej przez zło i zbolałej,
Evy. Być może mściciele zaobserwowali wcześniej w relacjach matki i syna coś,
co usprawiedliwia to nieznośne natężenie nienawiści. Lecz może raczej nienawiść
ta jest próbą restytucji zakłóconego ładu poprzez wymierzenie odpłaty – za to,
czemu faktycznie nie da się zadośćuczynić i tej, która nie jest rzeczywiście
winna. Głębia tej pomsty jest właśnie dlatego niewyczerpana, że każda jej kolejna
miara okazuje się w końcu niewystarczająca dla przywrócenia porządku. Zło nie
daje się w ten sposób odczynić, a rana zasklepić.
Jednostajny rytm filmu, z powracającym
jak rondo natrętnym motywem czerwonych plam, aż do tych pozostawionych po strzałach,
które utkwiły w małej siostrze Kevina i jej ojcu, jest trudny do zniesienia. Jego
chłód dobrze oddaje torturę życia Evy. A także grozę bezlitosnego czynu Kevina.
Być może również skazę osobowości obojga, ten kawałek lustra w sercu, który u
syna skrystalizował się w całe skute lodem jezioro.
Zło nie daje się wytłumaczyć i
zracjonalizować. Palący problem jego źródła pozostaje nierozwiązany.
I tylko jeden z pokrzywdzonych
przez mordercę nastolatków, poruszający się na wózku, przypadkowo spotkany
przez Evę wyłamuje się z frontu nienawiści. Gdy matka spodziewa się od niego
kolejnego ciosu, od obdarza ją dobrym słowem. A na lodowym jeziorze pojawia się
rysa – w finale Kevin zdradza pewną słabość, a Eva go przytula. Ten uścisk
matki z synem niesie trudną nadzieję na nawrócenie.
Okazuje się, że to jedyna dostępna
odpowiedź na pytanie o winę i odpowiedzialność. Zło jest z rzeczywistości
nieusuwalne. Nieusuwalna jest jednak także ta nadzieja.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)