Ki, młoda kobieta bez stałego zajęcia i stałego adresu, z kilkuletnim dzieckiem ze związku z niewydolnym wychowawczo i życiowo byłym partnerem-nieudacznikiem i damskim bokserem, błąka się po swoim życiu. Bez ustanku i bez skrępowania, w sprawach drobnych i poważnych, do znajomych i nieznajomych nonszalancko, tonem oczywistości zwraca się o pomoc. Pomoc – o ile w ogóle nadchodzi – jest doraźna, zwykle udzielana na odczepnego, w biegu, niechętnie. Nikt nie podejmuje wobec Ki wychowawczego trudu, wszyscy pozostają płytko zaangażowani, tak naprawdę sami zajęci utrzymywaniem się na powierzchni.
Na plakacie filmu widnieje napis „nie polubisz jej”. „Do lubienia” nie nadają się jednak przede wszystkim inni bohaterowie tej historii. Otoczenie Ki jest nie bardziej dojrzałe od niej, może nawet mniej. Koleżanka artystka-feministka, która bez skrupułów wykorzystuje historię Ki w swojej pracy, lekko rzuca, by Ki wprowadziła się do niej, kiedy jednak staje się to faktem, widać, że zachęta ta była pustym słowem. Ojciec Pio (czyli synka Piotrusia – Ki skraca wszystkie imiona do pierwszej sylaby) jest w ewidentnym życiowym dryfie, mógłby u samej Ki pobierać elementarne lekcje opieki nad dzieckiem. Jej matka pojawia się i znika, ojciec znikł na dobre wkrótce po narodzinach. Kierownik opieki społecznej – bywalec nocnych klubów chce ją wykorzystać.
Jest wreszcie współlokator Miko(łaj), zajmujący inny pokój w mieszkaniu, w którym zatrzymała się Ki. Początkowo wręcz autystyczny, poszukujący na wszelką cenę spokoju, któremu zagraża tornado życiowych perturbacji, jakim jest Kinga, z czasem ulega jej powabowi (a może też własnemu łaknieniu ciepła), otwiera się na nią i jej syna. Także on jednak zawodzi, śmiesznie blisko stawiając granicę poświęcenia, do którego jest skłonny w imię ich bliskości. Nie można na nim polegać, co Ki – mimo rozmaitych swoich ograniczeń – chwyta w lot, wszak widziała to już nieraz. Miko nie próbuje błędu naprawić, lecz ucieka w góry. Ucieka od problemu, jakim jest drugi człowiek.
Sama Ki ma przynajmniej urok osobisty, tupet i wolę walki (Roma Gąsiorowska gra ją w sposób, który nasuwa podejrzenia, że nie gra wcale – a po prostu dzieli z bohaterką osobowość). Inni są szarzy, a równie nieodpowiedzialni i egoistyczni. Nikt z nich nie jest dla Ki przyjacielem – spolegliwym opiekunem. Można oczywiście zapytać: czy są jej stróżami, czy wolno zakładać, że są jej winni jakąkolwiek pomoc. Taki sposób stawiania sprawy zdradza jednak niezbyt sympatyczną wizję stosunków międzyludzkich, jako naskórkowych, opartych na interesie, przygodnej współbieżności życiowego szlaku przelotnych zetknięć „monad bez okien”. Ki naprzykrza się otoczeniu, wykorzystuje je, wygrywając swój bezpretensjonalny urok. Co jej jednak pozostaje, jeśli inaczej nie potrafi zadbać o siebie i synka, a inni nie mają jej do zaproponowania konkurencyjnego wzorca - albo nie umieją, albo po prostu im się nie chce?
Film jest ciekawy. Ciekawe jest również to, że wykazuje cechę, która charakteryzuje filmy polskie chyba od zawsze, odporną na zmianę bardziej niż ustrój. Otóż jest fatalnie udźwiękowiony. Jeżeli Polak przed ekranem z trudem rozumie Polaków przemawiających z ekranu (którzy sprawiają nieodparte wrażenie, że jednak posługują się tym samym językiem, co on), coś z dzwiękiem jest fundamentalnie nie tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz