Młodą Peruwiankę Faustę, żyjącą w społeczności osiadłej na przedmieściu Limy, ale wciąż ledwo tkniętej cywilizacją, odumiera matka. Wcześniej opowiada córce o swojej traumie: zbiorowym gwałcie, którego padła ofiarą. Czyni to w sposób niezwyczajny. I matka bowiem, i córka wyrażają siebie poprzez improwizowany śpiew.
Symbolika tego filmu jest dość jasna. Mleko matki było gorzkie, zarażało chorobą piersi, smutkiem i lękiem. Ziemniak wetknięty w ciało jak korek ma chronić Faustę przed zgwałceniem, wypuszcza jednak kaleczące kłącza. To, co ma pomóc zachować czystość, ochronić przed przemocą, jest szokująco brzydkie i rani. Jest także żywe – mimo wszystko.
Prymitywna wspólnota jest ledwie draśnięta chrystianizmem. Punktem odniesienia pozostaje pogańska tradycja, choć chwilami dziwacznie już przemieszana z nowoczesnymi pożądaniami. Życie członków wspólnoty toczy się jeszcze według rytmu pulsującej ziemi, bicia jej serca, chociaż kiełkują już w nich współczesne tęsknoty. Sama Fausta pozostaje w szczególny sposób niewinna w swojej krańcowej prostocie, bez reszty symbiotyczna z naturą, ale też pełna zahamowań, napełniona lękiem przed niepożądaną interwencją drugiego człowieka w jej doskonale zamknięty w sobie, samowystarczalny los. To czyni ją porażająco przyjacielską wobec śmierci. Bawi się włosami zmarłej matki, wciąż czekającej na pochówek mimo upływu wielu już dni, rozpaczliwie chce złożyć jej ciało na prowincji, gdzie ta przynależy. Niczego być może nie rozumie, ale wiele przeczuwa. Życie jest obojętne na świat wartości, a na drugie imię ma śmierć.
Fausta potrzebuje pieniędzy, by wyruszyć ze zmumifikowaną matką w podróż. Nucone przez Faustę melodie, wyśpiewywana przez nią muzyczna poezja, zostaje bez skrupułów skradziona przez zblazowaną, dotkniętą niemocą twórczą kompozytorkę, w której domu Fausta wykonuje drobne prace. Gdy nuty spływają z klawiszy fortepianu, powiązane w misterną całość pod dotknięciem wypielęgnowanych dłoni bogatej damy, łatwo zdobywają aplauz i uznanie wyrobionego audytorium. Pracodawczyni brutalnie daje odczuć, że sama Fausta nie ma współudziału w tym zachwycie. Muzyczne opracowanie pieśni Fausty to jednak tylko oprawa, która skrywa perłę. Czy słuchacze choćby domyślają się, czego było trzeba, by perła urosła w ranie? Ani oni, ani uzurpatorka nie żyją blisko życiodajnej ziemi.
Przyjaciel Fausty, ogrodnik trafia do niej, przełamuje jej wyobcowanie przez miłość do roślin. Natura bywa także piękna, a Fausta jest przecież jej nieświadomą wyznawczynią. W końcu wszystko wraca na swoje miejsce - córka przejmuje inicjatywę i sama odbiera należne sobie wynagrodzenie za indiańską pieśń, ciało matki zostaje oddane przyrodzie.
To film z pewnością interesujący, ale nie do końca udany. Złożony właściwie z tych samych składowych, co „Madeinusa” – wcześniejszy obraz tego samego reżysera (a właściwie reżyser-kobiety) – nie ma siły rażenia tamtego. Nie jest jak tamten wpisany w zorganizowaną magiczną, czy numinotyczną przestrzeń (w istocie pogańskiego) święta, przez co brak mu struktury. Nie wzrasta organicznie, lecz wydaje się polepiony ze scen. Nie zmierza także do żadnego przesilenia, żadnej kulminacji. Nie poraża w finale objawieniem, rozpostarciem przed oczami widza okropnych skutków niepokojącego stanu „poza dobrem a złem”, w jakim żyje społeczność.
Magaly Solier jako odtwórczyni głównej roli jest intrygująco wsobna i naturalna aż do zatarcia granicy między sztuką filmową a prawdziwym życiem. Jest tak autentyczna, że zdumiewa, iż w rzeczywistości jest nowoczesną młodą kobietą, odnoszącą jak najbardziej "światowe" sukcesy aktorką i piosenkarką.
Film, przesycony nie tyle goryczą, co melancholią kwaśną jak peruwiańska ziemia, pozostawia wrażenie obcości nie do pojęcia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz