Nieszczęścia przydarzyć się mogą nawet w raju. Żona Matta, doznawszy wypadku, leży w beznadziejnym stanie w szpitalu, z nieznanymi mu bliżej własnymi dziećmi trudno mu znaleźć wspólny język, on sam w perspektywie kilku dni ma zdecydować o sprzedaży ziemi dziedziczonej w rodzinie od pokoleń. Na domiar złego dowiaduje się, że był zdradzany przez towarzyszkę życia, która nim stanęła na progu śmierci, gotowa była go opuścić w imię nowej (jak się okazuje, niezupełnie odwzajemnionej) miłości – cóż można uczynić z balastem takiej wiedzy? Ostatecznie udaje mu się, choć przecież nie bez wysiłku, na powrót powiązać wszystkie zerwane nici tak, że znów tworzą wzór sensowny i barwny jak hawajska sceneria.
„Spadkobiercy” to z pewnością nie arcydzieło, ale jednak kawałek dobrej filmowej roboty. George Clooney, tu wbrew swojemu typowemu emploi obsadzony w roli zdradzanego męża z pewną predylekcją do fajtłapowatości, przy pomocy ledwo zauważalnych niuansów zachowania i mimiki buduje postać wiarygodną i sympatyczną, a przy tym zupełnie niegwiazdorską. Film chwilami niebezpiecznie zbliża się do granicy sentymentalizmu rodem ze sztampowych produkcji telewizyjnych, lecz ostatecznie jej nie przekracza.
Tymczasem komediodramat to wbrew pozorom gatunek wymagający. Rasowy komediodramat niesie przesłanie o życiowej homeostazie: na przykładzie bohaterów dotkniętych nieszczęściem lub niespełnieniem pokazuje wartościowy mechanizm samoczynnego powrotu do równowagi, który nie zaprzecza grozie świata, ale trenuje w sztuce jej akceptacji. Podejmując zadanie ukazania potyczek z życiem w sposób krzepiący, łatwo osunąć się w banał wytartych prawd, pocieszeń tandetnych i nieprawdziwych, bo przychodzących zbyt gładko, pośpiesznego odwracania wzroku zamiast spojrzenia prosto w żółte oczy tygrysa. Cała sztuka polega na utrzymaniu dwoistości, ujęciu w jednym kadrze zarazem smutku i radości tak, że ta druga nie rozcieńcza i nie unieważnia pierwszego, na zachowaniu czystości tonu słodko-gorzkiego. W komediodramacie zgoda na świat zjawia się niepostrzeżenie i jest wobec widza nienatarczywa.
Jest interesujące, dlaczego gatunek ten „nie przyjął się” w Polsce. Polscy reżyserzy z pewnością potrafią kręcić dramaty (do tego rodzaju przynależą znakomite filmy Krzysztofa Krauzego i Wojciecha Smarzowskiego), zwykle słabo radzą sobie z komediami – spłaszczają je w farsy, obliczone na kiepski (jak się okazuje) gust masowej widowni. Od czasu do czasu tworzą obrazy z prowincji, utrzymane w klimacie realizmu magicznego, które wywołują melancholijny uśmiech. Komediodramat natomiast w jakiś przedziwny a znamienny sposób wydaje się obcy naszemu duchowi. Najbliższe temu gatunkowi są być może filmy Marka Koterskiego – w nich jednak nawet z najprzedniejszej (auto)ironii przeziera nieugaszony tragizm. Jeżeli to komediodramaty, to reprezentujące inny wariant: wychylone w kierunku dramatu o wysokim stężeniu, nieskontrastowanego z równoważną pogodą ducha, w żaden sposób nieprzezwyciężonego. Od początku do końca cierpkie.
W naszej mentalności, czy wręcz charakterze narodowym tkwi widać jakaś zasadnicza przeszkoda; niesprawiedliwym uproszczeniem byłoby sprowadzenie jej do naszego ponuractwa. Chyba nie wierzymy w życie, które zdolne jest zabliźnić głębokie rany, bo naszej wrażliwości na ciemną stronę zdarzeń towarzyszy nieprzejednany bunt wobec dopustów i niedostatków egzystencji. I tak pielęgnujemy jednocześnie poszarpane rozdarcia tkanki naszego życia i naszą na nie niezgodę.
My (a przynajmniej nasi artyści), inaczej niż w piosence Grechuty, po prostu zwykle nie „nakłaniamy świata do pojednania”... Czy jednak musimy to robić?
Ten bunt jest jakoś fascynujący. Tak cudownie niepragmatyczny. Haniu to bardzo inspirująca obserwacja naszego ducha narodowego, którego niezaprzeczalnie jestem cząstką. Pozdrawiam. Ania
OdpowiedzUsuń