Ten
prosty film o chłopcu porzuconym przez ojca, a przygarniętym przez przypadkowo
spotkaną młodą kobietę, pozornie rozgrywa się według schematu baśni.
Bohaterowie dobrzy są dobrzy, a źli – naprawdę źli. Nie ma światłocienia, w
którym można schronić moralną rozterkę lub wygodnie rozmyć odpowiedzialność.
Miłość natarczywa jest… Cyril lgnie do swego ojca z uporem godnym sprawy dającej większe widoki na powodzenie, cały jest pragnieniem i zaślepieniem. Gdy jego niedojrzały ojciec ostatecznie, zupełnie niedwuznacznie i brutalnie go odtrąca, Samantha jak dobra wróżka roztacza nad nim opiekę. W jej miłości jest spokój, stężona determinacja, a nade wszystko silne i bezwarunkowe przywiązanie do przysposobionego dziecka – prawie niewytłumaczalne. Ta miłość zjawia się po prostu jak cud.
Wydarzenia
przybierają obrót niebezpieczny tylko na chwilę – bo każdą zadaną krzywdę można
uleczyć, amor vincit omnia. Gdy
namówiony przez starszego, wyrachowanego kolegę spod ciemnej gwiazdy Cyril w
imię ich świeżo zadzierzgniętej „przyjaźni” dokonuje napadu na kioskarza i jego
syna, nie dzieje się żadne nieodwracalne zło – ofiary wychodzą z opresji cało,
opryszek ląduje w więzieniu, chłopiec na przeprowadzonej z sukcesem mediacji.
Kiedy nieprzejednany syn kioskarza kieruje przeciw Cyrilowi swoją agresję i
powoduje wyglądający dramatycznie wypadek, wydaje się, że oto zaciągnięta przez
chłopca wina wydaje czarny owoc. Nieprzytomny Cyril jednak wstaje i znów wsiada
na swój rower; nie jest pogruchotany ani fizycznie, ani moralnie. Z tarapatów,
w które popada, wydobywa się zawsze z nieco podejrzaną, budzącą niedowierzanie
łatwością.
Co
znaczy ta łatwość? Być może bracia Dardenne (znani z wrażliwości społecznej o
nieco pesymistycznym wydźwięku, poświadczonej filmami takimi, jak „Dziecko”,
czy „Milczenie Lorny”) chcieli zafundować – widzom, być może także sobie –
odpoczynek od złego świata. Chcieli powiedzieć – a czy nie mogłoby być tak
właśnie, jak w naszym filmie? Co stoi na przeszkodzie, abyśmy wybierali dobro,
a każde zło traktowali jako dające się odwrócić, zmazać, jako takie, któremu można
zadośćuczynić? Być może potrzeba do tego – tylko i aż – Samanthy i Cyrila,
kilku ludzi o czystych sercach.
Dostępna
jest wszakże również inna interpretacja. Postać Samanthy jest
słodko-wyidealizowana, świat jest miejscem wręcz niewiarygodnie przyjaznym – po
krótkiej, choć gwałtownej burzy zawsze świeci słońce. Zgorzkniali, a może tylko
dojrzali dorośli mogliby stwierdzić, że film pozornie realistyczny, jest
faktycznie odklejony od rzeczywistości – rzeczywistość tę podaje z perspektywy
łatwowiernego dziecka. Baśń załamuje się w ostatnich scenach, gdy skrzywdzeni
przez Cyrila okazują się sami niegodni zaufania, zdolni i do mściwej przemocy,
i do perfidnego kłamstwa. Może więc rzeczy odwracają się swą życzliwą stroną ku
Cyrilowi tylko w jego subiektywnym odbiorze, odbijając się w kryształowym
zwierciadle, które sam chłopiec pracowicie wciąż na nowo klei z potłuczonych
kawałków? W końcu nie wiadomo nawet na pewno, czy odrealniony happy end zdarzył się naprawdę – czy
rzeczywiście Cyril wstał i spokojnie odjechał na swym rowerze…
Te
pytania zawisają nad filmem – nie tak naiwnym, jakim się wydaje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz