Colin Clark, brytyjski pisarz i filmowiec, we wspomnieniach spisanych po przeszło czterdziestu latach sięgnął pamięcią do kilku dni spędzonych z Marilyn Monroe. Jednak „Mój tydzień z Marilyn” nie pozwala zrozumieć, dlaczego doświadczenie to było warte utrwalenia.
W 1956 r. gwiazda przybyła do Londynu, by zagrać w komedii „Książę i aktoreczka” w reżyserii Sir Laurence’a Oliviera i u jego boku. Powodzenie projektu stanęło pod znakiem zapytania, gdy Monroe nie radziła sobie z emocjami, związanymi z presją niezrealizowanych ambicji aktorskich i kruszącym się związkiem ze świeżo poślubionym trzecim mężem, dramaturgiem Arthurem Millerem. Wtedy z pomocą przyszedł jej właśnie Colin, siedem lat od niej młodszy, a na planie wykonujący mało wymagające zadania trzeciego asystenta reżysera.
Trudno wzruszyć się historią ich relacji (bo raczej nie związku, ani nawet romansu). Nie jest to bowiem ważne spotkanie kobiety i mężczyzny, lecz powierzchowne zetknięcie ikony popkultury i młodego człowieka zafascynowanego kinem. Ona, skończenie egocentryczna, znajduje w nim doraźnego pocieszyciela i powiernika bez właściwości, w którego zachwycie może się przejrzeć. Dla niego Monroe uosabia tak pociągający blichtr i romantyzm kina, podekscytowany okazją poddaje się bez walki jej magnetyzmowi. Nie na tyle jednak, by całkowicie wyzbyć się poczucia realizmu: nawet leżąc z Marilyn w jednym łóżku Colin namawia, by następnego dnia pojawiła się na planie w dobrej formie. Spotykając się z nią, wydaje się już obmyślać swe wspomnienia, po rozstaniu nie jest bynajmniej w rozpaczy. Tę relację trudno uznać za czystą, głęboką lub choćby ładną. Film osnuty jest zatem na historii błahej i nieco dwuznacznej.
Autentyczne, a przez to przejmujące, wydaje się cierpienie nie Marilyn, czy Colina, ale Oliviera i jego ówczesnej żony Vivien Leigh. „Książę” sztuki aktorskiej (w którego Kenneth Branagh wcielił się ze spokojną pewnością siebie i bez egzaltacji) spotkał nieuczoną, a tak sławną „aktoreczkę”. Jej witalność, instynkt aktorski, naturalność, a wreszcie uroda budzi w nim zazdrość i żal, zachwyt i irytację zarazem. Atrakcyjność Marilyn gorzko uświadamia Leigh nadciągający kres jej własnej młodości, a także małżeństwa z Olivierem. Rysunek ich postaci chwilami wykonywany jest mroczną kreską, jak makijaż nakładany przez niemłodego już Oliviera przed pojawieniem się na planie.
Choć to ta gorycz, jak też dramatyczna historia ich związku, byłaby prawdopodobnie lepszym tematem na film, ten koncentruje się na samej Marilyn – takiej, jaką była, a może wydaje się nam, że była. Jest ukazana stereotypowo: jako zmysłowa i nadwrażliwa, kusząca i impulsywna, słodka i drażniąca. Świadoma własnej siły, ulegająca swoim słabościom. Jest jak barwny, rzadki ptak z przetrąconym skrzydłem.
Ona jest centralną postacią filmu. Wiąże się z tym podstawowa ułomność obrazu: odtwórczyni jej roli, Michelle Williams, niezupełnie sprostała zadaniu. Jej kreacja jest doskonale imitacyjna, w sposób niemanieryczny odtwarza sposób bycia, melodię głosu, gesty i ruchy ikony. Williams gra jednak wbrew swoim warunkom. Sama pozbawiona jest seksapilu pierwowzoru, nie roztacza wokół siebie blasku, nie jest także piękna. Jako Marilyn krucha i osamotniona bywa przekonująca, jako Marilyn elektryzująca i sensualna – w stopniu bardzo ograniczonym. W rezultacie choć jest znakomita jako aktorka (za rolę otrzymała Złoty Glob i nominację do Nagrody Akademii), to nie dość dobra jako Marilyn. Eddie Redmayne ma natomiast niewiele do zagrania jako Colin – bystry młodzieniec z dobrej rodziny zapatrzony w kobietę o zniewalającym uroku.
Film deklaruje niezwykłość MM, ale jej nie pokazuje. Nie wyjaśnia niezatartego wrażenia, które Clarkowi kazało spisać po wielu latach wspomnienia z kilku dni z nią spędzonych, a innym je sfilmować w produkcji angażującej doborową obsadę. Ten hołd wydaje się niezasłużony. Być może to sam zamysł skazał film na niepowodzenie – nie mogła przecież zagrać w nim sama Marylin Monroe. W konsekwencji wbrew intencji reżysera jesteśmy po stronie nie eksplodującej czarem Amerykanki, a starego kontynentu, z soczyście zieloną murawą systematycznie strzyżoną od kilkuset lat, tradycją Eton, taktem, kulturą i sir Laurence’m Olivierem. A przecież w rzeczywistości górą była Marilyn.
Lepszą okazję do spotkania z jej fenomenem stwarza już „Książę i aktoreczka” – jednowymiarowa lekka komedia, tak jednak rozświetlona przez jej gwiazdę.
Brawo!Będę czekać na kolejne recenzje z ciekawością. Mąż mój też jest zainteresowany. Pozdrawiam. A
OdpowiedzUsuń